Born in the 80s

Born in the 80s

Blog o muzyce lat osiemdziesiątych... i nie tylko!

Oskar Linnros - Vilja Bli



Cechą charakterystyczną szwedzkiej kultury jest to, że pomimo niewielkiej, jak na swoją powierzchnię, ludności, kraj ten zadziwia sporą ilością artystów, o których świat nie słyszał, a których na rodzimym podwórku uznaje się za gwiazdy narodowego formatu. Do nich należy Oskar Linnros. Jego muzyczna droga zaczęła się w duecie hip-hopowym Snook, który założył ze swoim szkolnym kolegą Danielem Adamsem-Rayem. Kariera grupy była błyskawiczna, co zawdzięczali brzmieniu wyróżniającemu ich na rodzimej scenie hip-hopowej. Szybko jednak każdy z panów postanowił rozpocząć pracę na własny rachunek. To wtedy powstała debiutancka płyta Linnrosa, która zebrała genialne recenzje i pozostaje dziś jedną z ciekawszych pozycji we współczesnym szwedzkim popie.

Vilja Bli (Chcieć stać się) z 2010 roku został w całości napisany, wyprodukowany i nagrany przez Oskara Linnrosa, włączając w to zarówno grę na instrumentach jak i wokale. Choć po dwóch płytach ze Snookiem jego muzyczny talent nie pozostawiał wątpliwości, to fakt, że z roli rapera zmienił się w wokalistę, musiał być sporym zaskoczeniem. Na płycie nie ma praktycznie tekstów rapowanych, gdzieniegdzie występują jedynie mówione fragmenty tekstu. Do hip-hopu najbardziej zbliża ją wykorzystanie sampli, co często w kontekście tworzenia piosenek pop może kojarzyć się amatorszczyzną, ale tu okazuje się bardzo udane.


Na aranżacje piosenek składa się elektronika ciekawie ubogacona instrumentami akustycznymi. Słychać to w otwierającym płytę Genom eld (Przez ogień), gdzie arpeggio syntezatora wspomagają flety i akordy gitarowe czy w 25 - fortepian i dzwonki orkiestrowe. Choć niektóre z tych brzmień są wyraźnie wygenerowane lub zsamplowane, a nie zagrane "na żywo" (np. bardzo ciche smyczki w drugim z wymienionych utworów), to całości nie można odmówić wdzięku. Aranżacje dalekie są od elektronicznej sztuczności.

Klaster popowych piosenek, na który składa się m.in. singlowy hit Från och med du (Począwszy od ciebie) przełamany jest przez kilka interesujących przerywników. Pierwszym na płycie jest Ballad från en loftsäng (Ballada z łóżka na poddaszu), który zdradza ujmujący czar wokalu artysty nie zaliczanego do zawodowców w tej dziedzinie. Żałować można jedynie, że bardzo zmysłowe brzmienie zawarte w tym krótkim utworze nie doczekało się pełnego rozwinięcia.


Choć wspomniałem, że na płycie brak bardziej wyraźnych elementów kojarzonych z hip-hopem, to należy wskazać na wyjątek, jakim jest utwór Debut (Debiut). Tu chórki i inne zsamplowane elementy muzycznego podkładu aż proszą się o tekst mówiony. Wbrew najbardziej oczywistym skojarzeniom sprytnie napisane słowa utworu opowiadają o pierwszym razie, w czasie którego podmiot liryczny zwierza się z tego, że podniecają go zarówno dynamiczny bas, jak i adresatka tekstu. Utwór ten to zresztą jeden z wielu, które odbierać należy z przymrużeniem oka - np. Din mamma (Twoja mama) wykonuje postać na wpół dojrzałego młodzieńca, który w swoim niezdecydowaniu albo właśnie z dziewczyną flirtuje, albo ją porzuca.
Przy okazji omawiania warstwy tekstowej, należy wspomnieć o elemencie charakterystycznym dla tego i kolejnych nagrań Linnrosa, a jednocześnie zakorzenionego w szwedzkiej tradycji muzycznej, jakim jest lokalny patriotyzm. Ten wyrażony jest w Ack, Sundbyberg (Niestety, Sundbyberg), utworze napisanym na cześć sztokholmskiego przedmieścia, z którego pochodzi artysta. Piosenka typowa jest dla szwedzkiego popu w wydaniu chociażby niekwestionowanego lidera w tej dziedzinie - Håkana Hellströma. Jest tyleż klasyczna, co przełamana nowoczesnością.


Piosenki z tekstami po szwedzku będą dla osób nie władających tym językiem trudne do przeanalizowania, ale wiele z opisanego klimatu wyraża sama muzyka, a ta, jak mawiają, jest językiem uniwersalnym. Utwór, którego świetnie słucha się bez względu na zawartość tekstową, to na przykład Annie Hall - zachwyca tu prosta, łagodna aranżacja wsparta dość zdeterminowanym głównym wokalem i chórkami.

Można by się spodziewać, że pierwsza płyta solowa byłego (jak się wtedy wydawało) rapera to pomost między hip-hopem a popem. Ale na Vilja Bli Oskar Linnros udowodnił, że pomimo niewielkiego, bądź co bądź, dorobku muzycznego, jest artystą wszechstronnym zdolnym do stworzenia czegoś zupełnie innego od tego, co robił do tej pory. Rezultat jest niebanalny. Poziomu wielu jego utworów zazdrościć mogłoby wielu artystów zarówno ze szwedzkiej sceny pop, jak i każdej innej. Jednocześnie żałować można, że przez względy językowe, słuchacze spoza Szwecji raczej po jego płyty nie sięgają. A szkoda, bo przecież nie na angielskim, skądinąd nadal obcym dla Polaków języku, świat się kończy.

Alison Moyet - Other



Alison Moyet to w Polsce artystka słabo znana albo też w ogóle nieznana. Wynika to zapewne z tego, że słynny duet synth-popowy Yazoo, jej trampolina do kariery, zniknął tak szybko, jak się pojawił, a największy rozwój jej kariery solowej przypadał na drugą połowę lat osiemdziesiątych, kiedy w Polsce muzyka była zdecydowanie mniej ważna od sytuacji politycznej. Oczywiście nie pomagał wokalistce prozaiczny fakt - ani nagranych z Yazoo, ani jej własnych płyt po prostu w Polsce nie było. W rezultacie Lista Radiowej Trójki notowała ją w tym okresie tylko dwa razy i to na mało prestiżowych pozycjach.
Jednocześnie na rodzimej scenie muzycznej wokalistka zadomowiła się na tyle, by nawet po kilku przerwach w karierze oraz wyraźnym wypadnięciu poza światła jupiterów odnosić sukcesy swoimi kolejnymi albumami - to chyba głównie dzięki jej charakterystycznemu bardzo niskiemu, bluesowemu głosowi. Jej najnowsza, dziewiąta płyta zatytułowana Other ukazała się w czerwcu 2017 i należy od jednych z najbardziej udanych.



Po pierwsze fanów lat osiemdziesiątych ucieszy fakt, że wokalistka postanowiła powrócić stylistyką do elektroniki. Instrumentarium obecne na albumie składa się na całe spektrum elektronicznego popu. Nie oznacza to bynajmniej, że w aranżacjach brakuje instrumentów klasycznych. Przeciwnie, często występują fortepian, gitary, smyczki a nawet klawesyn i harfy. Sporo jest przez to kontrastów zarówno pomiędzy utworami (zestawienie Other oraz Happy Giddy) jak i wewnątrz nich (The English U oraz Lover, Go).
Płyta nabiera przez to dość trudnej w osiągnięciu cechy jaką jest możliwość zadowolenia szerokiej gamy słuchaczy - zarówno dla szukających utworów godnych dawnych przebojów Alison, jak i dla tych nastawionych na aktywne słuchanie bardziej kameralnych kawałków znajdzie się tu to, czego szukają. Połączenie obu tych właściwości widać w utworze ostatnim - świetnie rozbudowanym Alive.

Płyta Other, podobnie jak poprzednia, powstała we współpracy z producentem Guyem Sigsworthem, co sugeruje, że podział pracy ustalony poprzednim razem był skuteczny: warstwa muzyczna powstaje w wyniku improwizacji wokalistki do częściowo nagranego już podkładu, a zwieńczeniem pracy nad utworem jest stworzenie do niego tekstu. Tematyka wielu z piosenek nawiązuje do nazwy płyty (Other - ang. "inna"), czego najlepszymi przykładami są utwór tytułowy, niebezpiecznie hipnotyzujący rozwibrowanym wokalem oraz prostą aranżacją (w większości polegającą na prostym akompaniamencie fortepianu) oraz singiel The Rarest Birds, piosenka napisana na cześć brytyjskiego kurortu nadmorskiego Brighton wraz ze stanowiącą ważną część lokalnego kolorytu tego miasta aktywną społecznością LGBT.



Warto powrócić do wokalu samej Alison, który z bardziej (jej wiek) lub mniej oczywistych powodów (metamorfoza cielesna) bywa miejscami zupełnie odmienny od tego, co mogliśmy usłyszeć dwadzieścia bądź trzydzieści lat temu. W oczy, a raczej uszy, rzuca się przede wszystkim do przesady wyeksponowana wibracja, co części słuchaczy może doprowadzić do szału. Maniera ta nie wydaje się jednak niezależną od możliwości wokalistki, a raczej dość umiejętnie wyeksponowaną cechą charakterystyczną, która czyni nagrania unikalnymi czy też, trawestując ideę tytułu, innymi.



Albumu Other słucha się świetnie. Przesunięcie bardziej dynamicznych i głośniejszych utworów na jego drugą połowę (Beautiful Gun, Reassuring Pinches oraz Alive), skutkiem czego buduje się napięcie, ciekawie napisane teksty (The English U oraz oparty na tekście czytanym April 10th) i nieoczywiste linie melodyczne (Lover, Go) czynią najnowsze nagranie Alison Moyet jedną z ciekawszych propozycji pochodzących od grona artystów o ugruntowanej pozycji w muzyce pop w tym roku.

ABC - The Lexicon of Love

Nieczęsto w muzyce pop debiutancki album wykonawcy okazuje się ogromnym sukcesem. Zazwyczaj słuchacze potrzebują czasu, by osłuchać się ze stylem nowego, z punktu widzenia fonografii, artysty, a ten, szczególnie jeśli mowa o zespole, musi nabrać doświadczenia studyjnego, które często ma niewiele wspólnego z wykonywaniem muzyki na żywo.

Gdy w 1980 roku trójka młodzieńców z Sheffield zakładała zespół ABC na fundamentach grupy Vice Versa, nie mogli przypuszczać, że w ciągu dwóch lat nagrają i wydadzą album, który stanie się numerem jeden nie tylko w kraju, ale i zagranicą oraz że przyniesie im sławę, dzięki której ich epicki singiel The Look of Love pamiętany będzie nawet 35 lat później. Ale czynników sprzyjających powstaniu tak ciekawego nagrania było sporo.

Album The Lexicon of Love był nie tylko fonograficznym debiutem zespołu, ale też pierwszą płytą wyprodukowaną przez młodego, ale już wtedy rokującego na jednego z najlepszych fachowców w swojej dziedzinie Trevora Horna. Ten po rozpadzie duetu The Buggles, któremu historia pop zawdzięcza świetny album eksperymentalny The Age of Plastic (promowany przez nieśmiertelny singiel Video Killed the Radio Star), postanowił skupić się na produkowaniu nagrań innych artystów. Jak sam wspominał wiele lat później, do pracy nad daną płytą najlepiej skłonić może producenta dobry materiał, a takim młody zespół ABC dysponował.


Stylistyka albumu jest trudna do określenia, bo w aranżacjach zawartych jest sporo elementów, które łączą wiele stylów. Z początku płyta zdaje się tanecznym popem niewiele różniącym się od disco (Show Me oraz Poison Arrow), jednak im dalej w las, tym więcej pojawia się momentów z elektronicznym basem oraz syntezatorami, które aranżacyjnie umiejscawiają piosenki okrakiem między dekadami lat 70-tych i 80-tych (Valentine's Day).
Ukoronowaniem eklektyzmu i wrażenia zlepienia dwóch sąsiadujących ze sobą dekad jest oczywiście utwór-rakieta - The Look of Love, który łączy w sobie style disco i r'n'b wzbogacone dodatkowymi rarytasami.

Podkład zwrotki to idealnie dobrana mieszanka synthowego basu, elektropianina wykonującego w kółko zaledwie 3 akordy oraz ekspresyjnego wokalu. Piosenka zupełnie zmienia dynamikę w refrenie, gdzie pianino zastępują długie nuty kwartetu smyczkowego, funkowa gitara rytmiczna oraz oczywiście dodający drapieżności saksofon i chórki. Niekiedy pojawiają się tu i ówdzie ciekawe dodatki, które ubogacają prosty w istocie podkład - np. rytmiczny motyw gitarowy (0:30, 0:42), humorystyczny sample głosu kobiety porzucającej głównego bohatera piosenki (1:05. W aranżacji zachwyca też dodatkowo bardzo umiejętne wykorzystanie wszystkich elementów do budowania napięcia - płynne progresje między zwrotką, bridgem i refrenem, modyfikacja drugiej zwrotki, w której zamiast bridge'a pojawia się "dialog" między głównym wokalistą a jego wypytującymi o miłosne spojrzenie okrzykami, czy wreszcie zaskakująco spokojna z początku ósemka utworu (1:50 - 2:06) wypełniona kwartetem smyczkowym grającym pizzicato, harfą, wibrafonem i dzwonami, która w fenomenalny sposób powraca do kolejnego refrenu.


Utworem, który świetnie uzupełnia The Look of Love, a jednocześnie jest jego godnym następcą jest All of My Heart, w zasadzie jedyny w pełni liryczny, mimo że nadal całkiem skocznym kawałek na płycie. Jest to nie tylko świetnie napisana kompozycja, o bogatej trzyczęściowej konstrukcji, ale również aranżacyjna perełka - występują tu ponownie smyczki, ale też dzwonki orkiestrowe, fortepian, kotły.

Obok wspomnianych piosenek nie brakuje instrumentalnych eksperymentów - Date Stamp, którego wstęp bliźniaczo przypomina stylistycznie produkowany przez Horna zespół Frankie Goes to Hollywood, Valentine's Day, gdzie obok dzwonków orkiestrowych i lekkich smyczków, dogrywają syntezatory w wysokich rejestrach czy w końcu 4 Ever 2 Gether, utrzymany w rytmie trójkowym, przez co zupełnie nie przypomina reszty płyty.

The Lexicon of Love nie jest pełnoprawnym concept albumem, choć ma motyw przewodni a jest nim zawód miłosny podmiotu lirycznego opisywany w różnych stadiach. Właśnie dlatego choć piosenki są zróżnicowane nastrojem i stylistyką, składają się w jedną logiczną oraz muzyczną całość. Pomaga w tym oparcie poszczególnych aranżacji na orkiestrze smyczkowej, co w wielu momentach dodaje dramatyzmu utworom upodabniając wstępy i różne "nieliryczne" części utworów do oprawy instrumentalnej utworów z gatunku muzyki klasycznej.

Są to oczywiście nawiązania z przymrużeniem oka, bo w pierwszej kolejności smyczki stanowią tu przede wszystkim podstawę do tanecznego popu opartego na funkowych rytmach basu i perkusji, co przywodzi na myśl konające właśnie w tamtym okresie disco. Nadają one więc całości przekazu płyty nieco humorystycznej perspektywy. Tę zdradza oprawa wizualna niektórych singli oraz wideoklipów piosenek (Poison Arrow). Pokazują one muzyków zespołu z instrumentami klasycznymi, a winiety tytułowe małych krążków, jak chociażby All of My Heart, to nawiązanie do tej znanej z klasycznych nagrań choćby Deutsche Grammophon. Pojawiające się zarówno na podstawowej wersji albumu jak i na singlach utwory przejściowe lub te nawiązujące do "podstawowych" popowych wersji piosenek ocierają się nawet o terminy takie jak "uwertura".

Po udanej premierze cały album okazał się na tyle udany, że w roku 1983 zespół postanowił stworzyć godzinny film zatytułowany Mantrap zawierający piosenki z The Lexicon of Love wplecione w wątek parafabularny, który może nie zachwycił tak jak sam LP, ale dziś pozostaje miłą pamiątką po hurraoptymistycznych czasach początków MTV i boomu na teledyski.
Płyta okazała się pierwszym i ostatnim tak wielkim sukcesem zespołu, którego renoma do dziś oparta jest właśnie na The Lexicon of Love. Próżno szukać w dyskografii zespołu jej godnego następcy, ale właśnie przez to należy ją uznać za wyjątkową. Nie bez powodu w roku 2012 oraz 2014 Martin Fry, który dziś sam tworzy jednoosobowy zespół ABC wykonywał płytę w całości na żywo z towarzyszeniem dość obszernego składu muzyków wspartych orkiestrą symfoniczną.

Duran Duran - Is There Something I Should Know?

Is There Something I Should Know? to jeden z ciekawszych utworów new romantic oraz prawdopodobnie najważniejszy utwór w karierze zespołu Duran Duran. Singiel nagrywany był w kluczowym momencie ich rozwoju, gdy ich drugi album pt. Rio bił rekordy popularności w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, a grupa, dzięki barwnym, nowoczesnym jak na owe czasy teledyskom stawała się chcąc-nie chcąc ikoną kultury new romantic.

Duran Duran Is There Something I Should Know okładka singla

Utwór nagrywany był w grudniu 1982 roku po zakończeniu światowej trasy Rio promującej album pod tym samym tytułem. Był zatem skazany na samodzielne wydanie singlowe, co w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych było zresztą powszechną praktyką wśród wielu artystów.
Piosenka utrzymana jest w dość charakterystycznym "skocznym", jednak niebanalnym wydaniu stylu synth-pop. Wszystko w utworze zdaje się kanciaste - od eksperymentów z formą (rozpoczęcie utworu od chórków z refrenu wykonujących z bitelsowską gracją pierwsze słowa refrenu "Please, please tell me now"), przedłużona zwrotka z bridgem przechodzącym w zaskakująco krótki refren, poprzez ciekawe rozwiązania kompozycyjne (wstęp instrumentalny z syntezatorem dublującym gitarę w kwincie, czy ta sama gitara kakofonicznie akompaniująca Simonowi w refrenie) i aranżacyjne (harmonijka ustna w ósemce utworu).

Duran Duran Is There Something I Should Know okładka singla

Nagrany zaledwie kilka miesięcy po Rio utwór różni się o poprzedników pod każdym względem i przypomina bardziej dokonania grupy na kolejnej płycie Seven and the Ragged Tiger, pełnej udziwnień, oryginalnych zabiegów brzmieniowych, których naprawdę trudno dziś słuchać bez zagryzania zębów. Jednak adekwatnie do rozmieszczenia w czasie, Is There Something I Should Know pozostaje zawieszony między nieskazitelnym Rio a przejrzałym Seven... - jest piosenką prezentującą najlepszą formę grupy, do której nie udało jej się już nigdy potem powrócić.


Wydany na 7 i 12-calowych singlach utwór doczekał się wideoklipu spójnego z oprawą graficzną krążka, w którym ubrani w niebieskie koszule z zatkniętymi między guziki krawatami dokonują szeregu pretensjonalnych lip-synków do kamery, obnażając przy tym kiczowatą stronę noworomantycznej mody. Ciekawym motywem jest również pojawiająca się raz po raz czerwona piłka, która doczekała się nawet reinkarnacji w postaci jednego z odcinków kreskówki dla dorosłych pt. The Venture Brothers.
Nie było zaskoczeniem, że utwór utrzymany w stylu, który stanowił najnowszy krzyk mody odniósł sukces i doskoczył do TOP5 w co najmniej 7 krajach. W rodzimej UK, piosenka była ich pierwszym, a jednocześnie jednym z dwóch numerów 1 najlepiej sprzedających się singli. Z kolei wśród fanów stylu dekady utwór pozostaje jednym z rarytasów.

Daryl Hall & John Oates - Biały blues, czarny synth-pop

Duet Daryl Hall i John Oates jest jednym z tych zespołów, o których w Polsce mało kto słyszał, a który w swoim czasie należał do światowej czołówki muzyki pop. W rodzinnym USA pozostają jedną z legend muzyki rozrywkowej a ich twórczość przewija się w kanonie najlepszych amerykańskich tradycji oraz jako inspiracja dla młodszych pokoleń artystów. Grupa działa z przerwami od 1972 roku, ale dopiero na przełomie dekad lat 70-tych i 80-tych odniosła krajowy sukces dzięki serii topowych singli stylistycznie stanowiących mieszankę synth-popu, bluesa, r'n'b i disco.


Za sprawą soulowego Sara Smile oraz Rich Girl, z duetu dwóch zaprzyjaźnionych nastolatków Hall i Oates sukcesywnie zaczęli stawać się marką, która zaskakiwała wszechstronnością i eklektyzmem. Tę ostatnią cechę zawdzięczają m.in. swojemu rodzinnemu miastu Filadelfii, gdzie atmosfera tzw. "melting pot" sprzyjała mieszaniu się stylów muzycznych, a duet dwóch białych wykonujących coś pokroju Motown z elementami country nie dziwił aż tak bardzo, jak w innych miastach Stanów. Dodatkowym atutem chłopaków był ich niewątpliwy talent i pasja w wykonywaniu wszelkiego rodzaju muzyki - zarówno Daryl jak i John przejmowali główny wokal w pisanych przez siebie utworach, wykonywali dużą część partii instrumentalnych i często samodzielnie produkowali swoje piosenki.

Daryl Hall and John Oates - X-Static okładka albumuPierwszym albumem, na którym panowie zaczęli wychodzić poza ramy swoich dotychczasowych osiągnięć był X-Static z 1979. Obok utworów utrzymanych w typowym dla siebie, bluesowym stylu, jak The Woman Comes and Goes czy Wait For Me, rockowych All You Want Is Heaven, Bebop/Drop i Intravino, oraz kawałków czerpiących z disco (Portable Radio oraz Who Said the World Was Fair), pojawiają się pierwsze elementy elektroniki (Running from Paradise oraz Hallofon).
Podobnym torem duet idzie na Voices z 1980 roku, na którym ponownie miesza rocka z popem - w pamięci zapada anthemowy How Does It Feel to Be Back, You've Lost That Lovin' Feelin' (cover hitu Phila Spectora) oraz Everytime You Go Away (scoverowany potem w 1985 roku przez Paula Younga) są w naturalny sposób wkomponowane w dużo nowocześniejsze utwory - You Make My Dreams (US#5) czy Kiss on My List (US#1), które stały się szybko hitami. To właśnie w tym ostatnim pojawia się elektroniczna perkusja, a uwagę przykuwa wysoki wokal Daryla Halla.
Daryl Hall and John Oates - Voices okładka albumuTak jak muzyka duetu rozwijała się powoli, do wzrostu jego popularności przyczynił się intrygujący i dość szybko zmieniający się image. Obok serii zaskakujących uczesań, ubiorów, które przywdziewali na swoje występy telewizyjne i koncerty, najważniejszym elementem ich promocji okazały się teledyski. Te, pokazywane masowo w MTV, szybko uczyniły ich telewizyjnymi gwiazdami pop, a popularność poszybowała do góry równie szybko, co w owym czasie Duran Duran w Wielkiej Brytanii.

Daryl Hall and John Oates - Private Eyes okładka albumuKolejnym krokiem w stronę stylistycznej nowoczesności jest album Private Eyes (1981). Choć utwór tytułowy stanowiący kolejny wielki hit duetu (US#1) jest bliźniaczo podobny do Kiss on My List, to zdecydowana większość kawałków na płycie skłania się w kierunku tanecznego rocka i coraz mniej przypomina o bluesowych korzeniach zespołu. I Can't Go for That (No Can Do) (US#1) to nowoczesny kawałek w stylu elektronicznego r'n'b, który bardziej utożsamialibyśmy z czarnymi wykonawcami tamtych lat, a Did It in a Minute (US#9) wypełnia elektroniczne pianino zapowiadające syntezatorowe riffy typowe dla połowy zaczynającej się wtedy dekady.


Daryl Hall and John Oates - Maneater okładka singlaH2O z 1982 roku powstał na fali sukcesu wszystkich poprzednich albumów i uznać go można za najbardziej przełomowy w dyskografii Halla i Oatesa. Maneater (US#1, UK#6) otwierający płytę to ponadczasowa wizytówka duetu, którą chętnie gra się, coveruje i remiksuje do dzisiaj. Piosenka zasługuje nie tylko na wyróżnienie ze względu na chwytliwy refren, jak zawsze, rewelacyjne warunki wokalne Daryla, ale też formę, która pozwala utworowi w wyważony sposób rozwijać się poprzez solówkę saksofonową aż do punktu kulminacyjnego. Interesujące urozmaicenie stanowi Family Man - cover singla Mike'a Oldfielda, który w porównaniu z dość miernym rezultatem oryginału (UK#45) osiągnął nie tylko dość zaskakującą 6 pozycję w USA, ale też 15 w jego własnym kraju. Oprócz Maneater oraz Family Man, sporą część materiału muzycznego z H2O to idealnie nadające się na podryw pościelówki oparte na zmysłowym wokalu Daryla - np. One on One czy Open All Night.
Daryl Hall and John Oates - H2O okładka albumuDobrą passę Halla i Oates kończy następny album - Big Bam Boom (1984). Najbardziej elektroniczny w dyskografii duetu krążek zaowocował kolejnym globalnym hitem - Out of Touch (US#1), ale też innymi ciekawymi eksperymentami muzycznymi: wyraźny jest udział mocnych elektronicznych bębnów (Method of Modern Love; US#5), samplingu (Dance on Your Knees oraz Going Thru The Motions) oraz bardzo różnorodne aranżacje syntezatorowe (Cold Dark and Yesterday).  
Wydany po przerwie Ooh Yeah! ostatni album Halla i Oatesa zrealizowany w latach osiemdziesiątych okazał się też ostatnim, który odniósł sukces. Kontynuował on szalony styl poprzednika i pomimo nie najgorszych wyników singla Everything You Heart Desires, nie zdołał zainteresować muzyką duetu nowych pokoleń fanów.

Daryl Hall and John Oates - Big Bam Boom okładka albumuPomimo częściowego odejścia w niepamięć, Daryl Hall i John Oates zapisali się w historii muzyki jako jeden z najbardziej udanych duetów popowych, tworzącym piosenki w bardzo różnorodnej stylistyce, która na bieżąco odzwierciedlała, a niejednokrotnie ustanawiała trendy panujące w popie. Stali się też pierwowzorem dla białych wykonawców czerpiących garściami z gatunków dotychczas zarezerwowanych dla czarnych wykonawców. Umiejętnie przełamali też stereotyp białych rednecków słuchających w kółko country i Elvisa Presleya. Byli amerykańską, ugrzecznioną wprawdzie, ale nowoczesną odpowiedzią na noworomantyczne tendencje władające europejskim popem od początku lat osiemdziesiątych.


Daryl Hall and John Oates - Ooh Yeah! okładka albumuJednak w przeciwieństwie do sceny brytyjskiej, zamiast rewolucjonizować rodzimy pop, Hall i Oates stylistycznie ewoluowali, umiejętnie wybierając z muzycznego kontekstu to, co najciekawsze i tworząc inspirację dla setek przyszłych wykonawców. Z perspektywy czasu cytowani są jako inspiracja dla wielu wykonawców, jak choćby kanadyjski duet Chromeo czy Brandon Flowers (z The Killers). W przypomnieniu oraz odświeżeniu ich muzycznego dziedzictwa pomógł nowatorski pomysł realizacji serii internetowej zatytułowanej Live from Daryl's House. W realizowanych od 2007 roku klipach wideo Hall zapraszał do wspólnych sesji nagraniowych i jamowych szeroką gamę amerykańskich muzyków zarówno starszego jak i młodszego pokolenia.
Talent Halla i Oatesa docenili nie tylko słuchacze, którzy do dziś zakupili 40 milionów ich płyt, ale też środowisko muzyczne - duet znalazł się w Rock and Roll Hall of Fame (2014) oraz został wyróżniony na listach najlepszych wykonawców wszech czasów - jak choćby na tej sporządzonej przez Billboard (15 lokata) oraz przez stację VH1. Wobec tego jak wielki sukces odnieśli 30 lat temu oraz faktu, że w wielu krajach, w tym w Polsce praktycznie nikt o nich nie pamięta warto zaglądnąć do ich bogatego katalogu muzycznego.

Madonna - Lucky Star

Madonna - Lucky Star okładka singla

W połowie lat osiemdziesiątych Madonna stała się gwiazdą, a w następnych dekadach okrzyknięta została królową popu. Ale zanim świat usłyszał o amerykańskiej piosenkarce wykonującej kawałki o dziewictwie i jednocześnie ganiającej w skąpych ciuchach po estradzie, debiutowała ona w 1982 roku w dość grzecznym, jak na swoje standardy, wydaniu.

Jej pierwszy album zatytułowany po prostu Madonna był rezultatem podpisania kontraktu płytowego z wytwórnią Sire. Jak to bywa w przypadku początkujących wykonawców, muzyczny efekt końcowy nie brzmiał jednak wcale tak, jak artystka sobie tego życzyła. Producent płyty, Reggie Lucas stawiał na brzmienia instrumentów, mniej zaś na, ograniczone wtedy, umiejętności wokalne Madonny. W wyniku nieporozumień odstąpił on od projektu, do którego dokończenia zaangażowano inne osoby. Ostatecznie poprawieniem niemal gotowej płyty, polegającym na "ociepleniu" klimatu zajął się niejaki John Benitez, jednocześnie chłopak piosenkarki. Rezultat tej mieszanki świetnie odzwierciedla największy przebój z albumu zatytułowany Lucky Star.


Utwór utrzymany jest w stylu tanecznego synth-popu z dodatkiem funku. Efekt elastyczności typowej dla inspirowanej "czarną muzyką" piosenki jest osiągnięty przez kontrastowe zestawienie instrumentów. Z jednej strony słyszymy kanciaste arpeggio syntezatora, skaczący, płaski elektroniczny bas, zsamplowane klaskanie we wstępie oraz cykliczne "spięcia" (np. 0:15) przypominające efekty dźwiękowe z gier na flipperach, będące zasługą pierwszego producenta, z drugiej - funkowa gitara rytmiczna Beniteza, która kompozycji dodaje animuszu.

Śmiała, jak na ówczesne standardy, piosenka nie tylko rozpoczęła debiutancką płytę Madonny, ale w istocie otworzyła jej drogę do kariery. Choć była dopiero czwartym singlem w kolejności, to stała się pierwszym komercyjnym hitem początkującej piosenkarki w jej własnym kraju (4. miejsce na Billboardzie) po tym jak poprzedzający ją Holiday spodobał się w zasadzie wszędzie oprócz USA.

Lucky Star okazała się "szczęśliwą gwiazdą" Madonny - pomimo obaw i niezadowolenia z efektu sesji nagraniowych, które nie odzwierciedlały aspiracji wokalistki, zarówno singiel jak i album (który według jej własnych planów także zresztą miał nosić imię szczęśliwej piosenki) okazały się niespodziewanym sukcesem.

 

Depeche Mode - Just Can't Get Enough

Depeche Mode - Just Can't Get Enough okładka singla

Większości z nas zespół Depeche Mode kojarzy się z post-rockowym brzmieniem przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy to grupa odnosiła w zasadzie sukces za sukcesem - począwszy od płyty Music for the Masses, poprzez bestsellerowy, mroczny Violator aż po inspirujący Songs of Faith and Devotion. Ale mało kto pamięta, że depesze zaczynali od czegoś zupełnie innego: w 1980 roku czwórka nastolatków pod wodzą Vince'a Clarke'a stworzyła formację Composition of Sound, przemianowaną następnie na Depeche Mode, którego domeną był wtedy eksperymentalny (jak na owe czasy) synth-pop. To właśnie w tym stylu utrzymany był singiel, który zaważył o ich przyszłym sukcesie - Just Can't Get Enough.


Tak jak większość utworów na debiutanckiej płycie zespołu, piosenka została napisana przez jego założyciela Vince'a Clarke'a. To właśnie jego autorstwo sprawia, że bardziej utożsamia się ją z późniejszymi dokonaniami jego życiowego projektu, tj. duetu Erasure, a nie z depresyjno-melancholijnymi płytami w całości pisanymi przez Martina L. Gore'a, które są domeną DM. Ale Just Can't Get Enough to, bez względu na to, czy zagorzałym fanom zespołu się to podoba, czy nie, pełnoprawny utwór Depeche Mode. Zaśpiewany przez młodziutkiego Dave'a Gahana przebój był motorem grupy w pierwszych miesiącach ich popularności.

Piosenka została nagrana latem 1981 roku i wydana jako singiel z towarzyszącym mu klipem wideo we wrześniu. Szybko stała się hitem w Wielkiej Brytanii i powędrowała na ósme miejsce brytyjskich list przebojów. I choć taki wynik nie robi z perspektywie czasu dużego wrażenia, to należy pamiętać, że osiągnęła go czwórka nastolatków z podlondyńskiego przemysłowego miasteczka Basildon, którzy swoje muzykowanie na poważnie traktowali dopiero od niespełna roku. Nawet na tym etapie nie mieli pojęcia większego pojęcia ani o sprzęcie, który wykorzystywali, ani, głównie w przypadku Andy'ego Fletchera, o graniu na klawiaturze.


Kwintesencją ich młodzieńczej naiwności, naturalności i w pewnym stopniu nawet uroku, był frontman grupy, wokalista Dave Gahan. Na ich występie w będącym dziś legendą Top of The Pops - cosobotnim programie telewizyjnym skupiającym wtedy miliony Brytyjczyków przed telewizorami był ujmujący i szczery, a grupa została zapamiętana od, co prawda nieco popowej, ale pozytywnej strony.

Jak już wspomniałem, piosenka tak bardzo różni się od reszty repertuaru, z którego dziś znany jest zespół, że niektórym trudno uwierzyć, że była ich oryginalnym tworem i jednocześnie przebojowym debiutem. Mało tego, po dziś dzień Just Can't Get Enough jest względnie stałym, często ostatnim punktem programu ich występów, co w kontekście reszty utworów czyni go dość groteskową niespodzianką wieńczącą setlistę złożoną z takich gigantów jak Personl Jesus, Walking in my Shoes czy Enjoy the Silence.

Oprócz chwytliwego riffu klawiszowego utwór posiada prostą konstrukcję, która stanowi podstawę sekretu jego sukcesu - jest w zasadzie w całości oparty na dialogu Gahana z chórkiem entuzjastycznie powtarzającym słowa "I Just Can't Get Enough". Zabieg to banalny, ale jak widać działa do dziś, bo utwór, obok takich legend jak We Are The Champions Queen jest jedną z częściej nuconych (a raczej "krzyczanych") przez tłumy melodii na różnego rodzaju wydarzeniach sportowych. Począwszy od meczów drużyny Celtic po występy klubów Burnley, Bolton Wanderers oraz Liverpool. Nic zresztą w tym dziwnego - zarówno dynamiczny rytm jak i mobilizująca treść (ang. "nie mam dosyć") świetnie pasują do tego kontekstu.

Wracając do samego Depeche Mode, piosenka odegrała główną rolę w ich przyszłej karierze. I choć do sukcesu prowadziła długa, niemal dziesięcioletnia droga, to właśnie na dłuższą metę głupawa, niepozorna 4-minutówka z czasów narodzin synth-popu była początkiem ich kariery.

Prawa autorskie

Tekst: Wojciech Szczerek

Licencja Creative Commons

BornInThe80s
by Wojciech Szczerek is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

Licencja obejmuje wszystkie artykuły oraz tłumaczenia tekstów piosenek z wyjątkiem oryginalnych tekstów piosenek.

Wszystkie zdjęcia okładek oraz teksty piosenek są dziełem oryginalnych twórców i podlegają prawu autorskiemu.