Born in the 80s

Blog o muzyce lat osiemdziesiątych... i nie tylko!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka PRL. Pokaż wszystkie posty

Kombi - Inwazja z Plutona / Nie ma jak szpan (singiel)



Patrząc dziś na zawrotną karierę zespołu Kombi, trudno uwierzyć jak krętą drogę musiał przebyć do szczytu swojej synth-popowej kariery. Ich początkowe muzyczne dokonania niezbyt odbiegały od tego, co na co dzień serwowały nam rodzime zespoły pop. I choć ich kariera zaowocowała sukcesami głownie w komunistycznej Polsce, to już same starania grupy o to by być wysłuchanym zagranicą, sprawiły, że otworzyli się na świat i trochę owego świata przywieźli do Polski.

Owo otwarcie na świat pozwalało nie tylko na kontakty muzyczne i biznesowe oraz szansę na posłuchanie najnowszych trendów w branży, ale też na rzeczy bardziej prozaiczne, takie jak zakupy. To dzięki wyjazdom zagranicznym lider grupy Sławomir Łosowski mógł zakupić syntezatory, których próżno szukać było w sklepach chyba całego Bloku Wschodniego.
W 1982 roku zespół postanowił wydać single promujące ich rewolucyjną, jak na polskie warunki, muzykę i przygotować pod nią grunt. Pierwszym z nich był wydany przez Tonpress podwójny singiel z utworem Inwazja z Plutona autorstwa Grzegorza Skawińskiego i Waldemara Tkaczyka oraz Nie ma jak szpan na stronie B napisanym przez Łosowskiego. Piosenki zupełnie odbiegały od tego, co można było usłyszeć na dwóch pierwszych płytach Kombi, gdzie dominował pop z elementami rocka oraz pojawiał się funk i disco, które w owym czasie umierało.


Aranżacja Inwazji to zmyślne połączenie tradycyjnych instrumentów - gitary elektrycznej (solo we wstępie i przerywniku instrumentalnym, 0:14-0:25. 2:09-2:43), rytmicznej (w bridge'u, 0:49-1:05, 1:47-1:57) i basowej (w całej piosence, choć często przykrywa ją bas programowany) oraz perkusji w wykonaniu Jerzego Piotrowskiego. Ale pomimo takiej mnogości elementów typowych dla rocka spod znaku Kombi w tym utworze to właśnie syntezatory stoją na pierwszym miejscu - począwszy od stałych akordów wspartych elektronicznym basem w zwrotkach poprzez odpowiadające wokalowi agresywne uderzenia w refrenie a skończywszy na puentujące każdy refren oraz całą piosenkę efekciarskie dźwięki (1:16-1:17, 2:08-2:09, 3:06-3:09).
Zespół stawiał na futuryzm - tematycznie utwór opowiada o... ataku kosmitów na Ziemię, choć członkowie zespołu wskazują na to, że autor tekstu Marek Dutkiewicz nawiązywał do niedawno wszechobecnych na ulicach polskich miast patroli ZOMO. Pomijając ten może nieco wątpliwy wniosek utwór wydaje się tajemniczy i intrygujący. Całości świetnego rezultatu muzycznego dopełniają indywidualna okładka singla (wtedy, gdy była to rzadkość) oraz świetny, a jak na tamte czasy, rewelacyjny klip wideo wykonany na potrzeby Telewizyjnej Listy Przebojów. Członkowie grupy rozstawieni na podświetlonych platformach i przebrani w kostiumy wykonane z bliżej nieokreślonych materiałów wykonują ekscentryczne ruchy w takt piosenki. Sam obraz poddany jest przetworzeniu kolorów oraz zwielokrotnieniu (np. kadr z gitarą elektryczną). Efekty wizualne idealnie współgrają z kompozycją i rytmiką piosenki.

W porównaniu z utworem na stronie A, nieco mniej radykalny okazuje się Nie ma jak szpan. Utwór znacznie wolniejszy, za to dużo bardziej okraszony technologicznymi nowinkami. Z wyjątkiem wokalu, gitar rytmicznych oraz solowej obecnej w głównym motywie oraz w przerywniku instrumentalnym, wszystko wykonują syntezatory. Utwór autorstwa Łosowskiego to świetne dopełnienie przebojowej pierwszej strony.


Singiel ostatecznie nie zrobił furory, ale dał się zauważyć, na co wskazują nie tylko wykonane dla Telewizyjnej Listy Przebojów klipy do obydwu piosenek, ale też notowania Listy Przebojów Trójki (odpowiednio 20 i 10 miejsce). W notowaniach listy magazynu Non Stop piosenki miały mniej szczęścia i kilkukrotnie pojawiały się w tzw. poczekalni, ale na miejsce na właściwej liście załapał się tylko utwór ze strony B. Zresztą, co widać po wynikach na LP3, utwór Łosowskiego w ogóle zdawał się lepiej przypaść do gustu Polakom niż tajemnicza Inwazja z Plutona.

Pomimo tego zespół nadal czuł wiatr w żaglach i wiedząc, że w Polsce istnieje potrzeba nagrywania muzyki elektronicznej poszedł dalej i nagrał kolejny, tym razem już przebojowy singiel Linia życia. Jako jeden z niewielu zespołów mających własny sprzęt tego typu mogli na swoim kolejnym albumie Nowy Rozdział zaprezentować swoje ówczesne możliwości. Od tego momentu nabrali charakteru, a polska publiczność na zawsze podzieliła się na zwolenników i przeciwników wykonywanej przez Kombi muzyki.

Bajm - Martwa woda

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Bajm to obok Budki Suflera jeden z najdłużej działających w Polsce zespołów. Grupa, której nazwa to inicjały imion jej czterech początkowych członków, tak naprawdę po raz pierwszy zaistniała w 1978 roku, kiedy to zdobyła nagrodę w konkursie Debiuty na festiwalu w Opolu. Podwójny bis piosenki Piechotą do lata był jednak zapowiedzią spektakularnego, ale krótkotrwałego sukcesu - na status jednego z najważniejszych polskich wykonawców przyszło Bajmowi pracować wiele lat.


Wydany w 1983 roku debiutancki LP Bajm względu na dość chaotyczny repertuar przypominał bardziej składankę niż studyjny album zespołu. Wypełniły go nowe przeboje - energiczny Nie ma wody na pustyni i dramatyczny Co mi Panie dasz, ale także szeroki repertuar utworów zakrawających na pastisze gatunkowe, jak katastrofalny Józek, nie daruję ci tej nocy czy osobliwy W drodze do jej serca, których dziś słucha się z półuśmiechem na twarzy. Dziwaczność Bajmu miała jednak swoje intrygujące odsłony, co usłyszeć można było w singlu z debiutanckiego LP pod tytułem Różowa kula, utworze wokalnie drapieżnym (okrzyki Beaty w wysokich rejestrach), tekstowo tajemniczym, a nastrojowo - magicznym. Właśnie tą drogą grupa poszła tworząc swoją drugą w ogóle, ale pierwszą spójną płytę długogrającą w swojej karierze.

Tak jak na Bajm złożyło się doświadczenie szybkich przemian mód i nastrojów w ciągu kilku lat, tak Martwą wodę Kozidrakowie napisali i nagrywali w roku 1984, w nieciekawych dla Polski czasach. Dość powiedzieć, że większość tekstów na płycie wprawia w posępny nastrój, a ich tematyka jest raczej oczywista. Otwierające płytę W klatce lwa zapowiada treść płyty w metaforyczny acz dosadny sposób już w pierwszej zwrotce:
Jesteśmy w klatce lwa
Pijemy gorycz, aż do dna
Co będzie z nami myśleć strach
Setki żelaznych tarcz
Krew w nas gotuje się jak barszcz
I nie pomaga bat tresera

Wrażenie osaczenia i zniechęcenia połączone z paranoją przedstawia Ściany mają uszy, uszy znakomite, który opisuje panujący w totalitarnej codzienności niepokój społeczny:
Nie przeklinaj losu
Świat jest urządzony tak
By obserwować Cię
Z każdej jego strony

Z kolei próby psychologicznego skonfrontowania się z rzeczywistością nakreśla Moja wina, wielka wina. Jednak to utwór tytułowy z płyty w najbardziej jaskrawy sposób oddaje wrażenie beznadziei. Rozmyta gitara symbolizująca "martwą wodę", w jakiej tonęła Polska a podejrzanie spokojny wokal Beaty to tylko wstęp do dramatycznego refrenu, który oddaje całość beznadziei, jaką zespół musiał wtedy odczuwać:
Ratuj mnie
Jestem, jestem, jestem już na dnie
Ratuj mnie
Bo tonę, tonę w martwej wodzie
Codziennych naszych spraw

Najbardziej charakterystycznym utworem z płyty był z pewnością Piramidy na niby, który grupa wykonała zresztą na festiwalu Opole 1984. Piosenka dziwaczna i powtarzalna, ale w swojej osobliwości świetnie obalająca mit komunistycznej walki o dobrobyt, której rezultaty porównali w niej do budowy egipskich piramid, i bezsensie zbudowanych na społeczeństwie niewolniczym starożytnych kultów. Charakterystyczne jest celowe zaburzenie rytmu, co słuchać w nieregularnym, zmieniającym się metrum zwrotki, dające wrażenie muzycznej "diagonalności" budowanych na fałszu piramid.

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Poza wspomnianymi wyżej tekstami, które można równie dobrze interpretować bardziej personalnie, nie brakuje utworów bardzo intymnych. Będąca zdecydowanie najmocniejszą pozycją na krążku Małpa i ja to idealnie odzwierciedlone, muzyczno-tekstowe wyobrażenie tego, co dzieje się w umyśle osowiałym, melancholijnym, będącym w stanie głębokiej depresji a nawet szaleństwa.


Napięcie w piosence zbudowane jest idealnie - początkowo neutralna zwrotka przechodząca w refren to zapowiedź narastającego przejścia gitarowego, przywodzącego skojarzenie z potęgującym się załamaniem nerwowym. Po tym dość długim i dramatycznym bridge'u a także pełnym rozpaczy refrenie, powraca zwrotka. Tym razem jednak śpiewana jest ona przez dwa wokale jednocześnie - pierwszy to ten spokojny, otępiały, który znamy już ze zwrotki pierwszej, a drugi stanowi odzwierciedlenie katastrofalnego stanu psychicznego osoby. Ale piosenka poza głębokim tekstem sprawdza się także jako przemyślany, bezbłędnie zaaranżowany oraz wykonany utwór rockowy, któremu nie można odmówić ani muzycznego "kopa", ani autentyczności.

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Płyta pomimo swojego potencjału nie spotkała się z większym zainteresowaniem mediów. W czasach, kiedy sporo utworów opisywało trudy codzienności, album tego typu - wycofany, drapieżny, ale pozbawiony anthemów pokroju Przeżyj to sam Lombardu w zasadzie przeminął bez wieści. Grupa ogrywała płytę (między innymi na tournée po Wietnamie), jednak nie pozwoliło jej to na znalezienie się w prasie muzycznej na przestrzeni całego roku.
Artystycznie Martwa Woda to jednak prawdopodobnie najbardziej interesująca pozycja w dyskografii Bajmu - album stojący pośrodku rockowego tryptyku (który wieńczył LP Chroń Mnie z 1986 roku) jest najbardziej spójnym muzycznym obrazem grupy, którą do tej pory, zresztą tak jak wielu polskich wykonawców, charakteryzował stylistyczny nieład. Kolejne dokonania zespołu zostały znacznie lepiej przyjęte, choć zawdzięczać to może raczej sukcesom pojedynczych, skądinąd udanych piosenek.


Obecnie Bajmowi miejscami daleko do rockowych brzmień sprzed ponad trzydziestu lat. Polakom zdecydowanie częściej kojarzy się on z balladami i ckliwymi przebojami z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to obalenie komunizmu tchnęło w grupę, tak jak i w większość polskich wykonawców, którzy przetrwali transformację, nowe życie. Nic dziwnego, że dziś lepiej pamiętamy niosącą nadzieję Białą armię czy nawet melodramatyczne Dwa serca, dwa smutki, a nie pozostające w jego cieniu rockowo-depresyjne utwory typu Martwa woda albo Małpa i ja. Jednak pomimo upływu czasu i zdecydowanej zmiany stylistycznej, płyta jest nadal żywa i wyrazista a także warta przypomnienia.

2 plus 1 - Bez limitu

2 plus 1 - Bez limitu okładka albumu

Z początkiem lat osiemdziesiątych zespół 2 plus 1 stopniowo zaczął oswajać się z myślą, że pomimo trudnych dla artysty realiów PRL-u, budowanie kariery w kraju jest jednak o wiele łatwiejsze niż zagranicą. Materiał nagrany na ich dwie anglojęzyczne płyty Easy Come, Easy Go (1980) oraz Warsaw Nights (1981), wydane m.in. w RFN-ie przez kilka lat promocji nie zrobiły na nikim specjalnego wrażenia. Z kolei wydany po nich pierwszy od kilku lat singiel w języku polskim, Iść w stronę słońca, przyniósł nieoczekiwany sukces. Grupa, pomimo obowiązującego stanu wojennego, nagrała w Niemczech w listopadzie 1982 roku Rocky Doctor, swój ostatni singiel zagraniczny, który także przepadł bez wieści. Jasnym musiało być dla nich, że wobec panującej sytuacji politycznej trudno będzie dalej walczyć i podbijać rynki wrogiego nam kapitalizmu. Poza tym, wbrew temu, co mówiła PRL-owska propaganda uzasadniając niedostępność wspomnianych dwóch LP, ich płyty na Zachodzie wcale się nie sprzedawały, a przynajmniej dziś nie ma na to dowodów. Wobec tego stało się bardziej niż oczywiste, że zespół 2 plus 1 ukierunkuje swoje działania na rynek polski.


Na efekty tego światopoglądowego zwrotu nie trzeba było długo czekać, bo już od roku 1982 zespół przystąpił do nagrywania swojego ósmego albumu długogrającego. Bez Limitu wydany w 1983 roku to chyba najbardziej radykalna zmiana stylistyczna w historii tria. Dawne lekkie utwory 2 plus 1 zastąpiły kompozycje bardziej nowoczesne, luźno naśladujące elektroniczną nową falę, która od przynajmniej dwóch lat skutecznie zatapiała dawną modę na disco i rocka na całym świecie.


10 kompozycji Janusza Kruka i Cezarego Szlązaka powstały do słów jednego z najbardziej prominentnych wtedy tekściarzy Andrzeja Mogielnickiego. Najlepszymi z nich okazały się utwory tematycznie poważne, które wypełniła pełna niepokoju elektronika. Piosenki Requiem dla samej siebie, XXI wiek (Dla wszystkich nas), Gorące telefony czy Superszczur to prawdopodobnie najbardziej charakterystyczne single pierwszej połowy lat osiemdziesiątych w Polsce. Wszystkie cztery piosenki razem wpasowywały się w panujący wśród artystów pesymizm wynikający z utraty sporej części wolności w okresie stanu wojennego: awangardowy Superszczur przedstawia ten koncept w ciekawy, abstrakcyjny sposób, Gorące telefony to wyrażenie strachu przed następstwami nieodpowiedzialnych decyzji, jakie podejmowane były we wrogich sobie mocarstwach, a XXI wiek  stawia pytania o niepewną przyszłość w ogóle. Z tych czterech utworów jedynie Requiem wydaje się bardziej osobiste i uniwersalne.

Niestety te 4 mocne pozycje pozytywnie wyróżniają się spośród reszty utworów z płyty. Zarówno pozostałe pojawiające na liście przebojów Trójki Nic nie boli oraz Gdy grali dla nas Rolling Stones, ani utwory stricte albumowe - Boogie o 7 zbójach albo China Boy, są tak bardzo kiczowate i nieprzemyślane, że trudno przez nie przebrnąć. Jak zauważali krytycy, mający wspominać Rolling Stones utwór nie ma nic wspólnego z ich muzyką, a na dodatek nie broni się ani tekstowo, ani muzycznie, Boogie o 7 zbójach nie jest faktycznym boogie, a maniera wokalna skądinąd utalentowanej wokalistki Elżbiety Dmoch, która objawia się przesadnie drapieżną, pretensjonalnie krzykliwą barwą wielu utworach jest nie do zniesienia.


Choć te mieszane uczucia wobec albumu wydają się uzasadnione, innego zdania byli fani zespołu, którzy album docenili, zapewne przez to, że z wyjątkiem anglojęzycznych LP (w Polsce i tak w zasadzie niedostępnych) 2 plus 1, zespół kazał czekać na nowe piosenki aż 4 lata. Dzięki obecności w mediach, na którą składała się m.in. realizacja klipów w Telewizyjnej Liście Przebojów oraz dobrze przyjęty awangardowy recital na festiwalu Opole 1983, Bez Limitu przebiła świetny wynik 150 tysięcy sprzedanych egzemplarzy i zdobyła status złotej płyty. Bez względu na noty, grupa raz jeszcze na chwilę znalazła się na ustach wszystkich.


2 plus 1, które do tej pory uchodziło za przemijającą gwiazdę poprzedniej dekady pokazało się od zaskakującej strony. Szkoda tylko, że promowany nowy image, jaki zbudowali swoimi nowymi elektronicznymi przebojami i drapieżnym stylem, zachowawczo dopełnili na płycie kiepskim materiałem. Pomimo niedostatków doczekała się ona następczyni w postaci LP Video z 1985 roku. Jej zawartość przypomina stylistycznie bestseller z 1983 roku, choć nie był już tak wielkim zaskoczeniem. Bez Limitu to także ostatni sukces zespołu - żadnemu z kolejnych wydawnictw, zarówno tych wydanych przed, jak i po rozwiązaniu 2 plus 1 nie udało się odzyskać dla grupy popularności. Dziś pamięta się ją raczej z pierwszego okresu działalności, gdy ich repertuar wypełniał folkowy pop, często zapominając szereg naprawdę niezłych przebojów z lat osiemdziesiątych.

Bajm - Dwa serca, dwa smutki

Zespół Bajm to historia przeobrażeń, zmian koncepcji, składów i stylów. Pomimo wielu zawirowań grupa umiała pozostać zapamiętaną i mimo, że miała swoje gorsze momenty, to jako jeden z nielicznych polskich wykonawców zdołała pozostać na topie, przez niemal 40 lat wydając single, z których co jakiś czas wyłaniał się przebój. Po opolskim sukcesie z Piechotą do lata w roku 1978, kiedy to po raz pierwszy zapisali się w historii polskiej muzyki, przyszedł czas na debiutancki longplay z 1983 roku, który obrodził hitami. Następnym kamieniem milowym karierze Bajmu był dziś nieco zakurzony, ale rozpoznawany i lubiany przez większość Polaków Dwa Serca, Dwa Smutki.


Piosenka, podobnie jak większość kompozycji do tamtego momentu została skomponowana przez rodzeństwo Jarosława i Beatę Kozidraków na trzecią płytę Bajmu zatytułowaną Chroń Mnie. Spośród wszystkich utworów jest w zasadzie jedyną napisaną na surową elektronikę z niewielkim tylko dodatkiem gitary elektronicznej. Jest też jedną z pierwszych spokojnych piosenek zespołu, które zaczęły stopniowo wypełniać coraz większy procent ich repertuaru. To na nich Beata zaczęła zdradzać tendencje do śpiewania lirycznie, niemal ckliwie, w przeciwieństwie do pseudo-rockowego image'u, jaki prezentowała do tej pory w takich hitach jak Nie ma wody na pustyni, Józek, nie daruję ci tej nocy czy Co mi Panie dasz. Dość unikalna jak na Bajm oprawa piosenki - syntezatory wygrywające akordy oraz programowany elektroniczny bas nakreślają bardzo surowy, niemal sterylny krajobraz, do którego dołącza zimny, zaniepokojony głos wokalistki.

Bajm - Dwa serca, dwa smutki okładka singla

Całości klimatu dopełnia nakręcony z kapitalistycznym rozmachem klip do piosenki. Teledysk kręcono między innymi w Hotelu Victoria, miejscu często goszczącym ekipy filmowe i telewizyjno, bo jako jeden z niewielu budynków w Polsce przypominał Zachodnie. Unikalne były też stroje noszone przez wokalistkę, która w udawanych spazmach rozpaczy ucieka przed dawnym kochankiem.


Dwa Serca, Dwa Smutki okazał się sporym hitem - promujący LP Chroń mnie utwór doczekał się zasłużonego 1-ego miejsca na Liście Przebojów Programu Trzeciego. Do dziś pozostaje też jednym z chętniej wykonywanych utworów Bajmu. Zarówno styl śpiewania obecny w piosence jak i image wokalistki przedstawiony w teledysku do niej zrealizowanym w dużej mierze złożył się na kierunek, jaki później miał obrać zespół.

2 plus 1 - Iść w stronę słońca

Zespół 2 plus 1 to gwiazda PRL, która rozjaśniała jego scenę muzyczną przez wiele lat różnymi kolorami. Choć utarło się określać go mianem zespołu pop-folkowego, faktycznie był wszechstronny i zwykle grał to, co aktualnie było w modzie. Nie dziwiło więc, że pod koniec lat siedemdziesiątych grupa próbowała podbić zagraniczne rynki anglojęzycznymi płytami w stylu disco. Po krótkiej i, jak na ówczesną Polskę, zawrotnej karierze w RFN, postanowiła jednak skupić się na rynku rodzimym. Zanim nastąpił zwrot stylistyczny w kierunku synth-popu i elektroniki, nagrali oni jeden utwór, który jeszcze raz potwierdził ich status jednego z najważniejszych polskich artystów - Iść w stronę słońca.

2 plus 1 - Iść w stronę słońca

Utwór był jednorazową przygodą, sentymentalnym ukłonem w stronę dawnej folk-popowej kariery, jaką zespół zrobił niemal dekadę wcześniej. Zapewne dlatego mało kto pamięta, iż Iść w stronę słońca powstał dopiero w 1981 roku, dawno po klasykach pokroju Chodź, pomaluj mój świat, Windą do nieba oraz Wstawaj, szkoda dnia, między wydaniami dość tandetnych disco-dzieł autorstwa niemieckich producentów, które zespół pokornie nagrywał w nadziei na wybicie się poza Polską.


Tekst piosenki stworzył czołowy polski autor Andrzej Mogielnicki, któremu grupa zawdzięcza gros swoich hitów. Choć w czasach komunistycznych popularna była interpretacja utworu jako wzorowej piosenki dla młodzieży (wygrał nawet nagrodę w konkursie radiowym na taką właśnie kompozycję), był to uniwersalny, beztroski utwór o pięknie życia, których sporo było we względnie kolorowych dla Polski czasach Gierka.

2 plus 1 - Iść w stronę słońca

Jednocześnie był to tak naprawdę ostatni optymistyczny tekst 2 plus 1 - niespełna kilka miesięcy po jego wydaniu, ogłoszono stan wojenny. Nastroje zespołu, podobnie jak większości polskich artystów, gwałtownie spadły, co znalazło odzwierciedlenie w ich twórczości. I tak jak nieźle prosperująca Polska lat siedemdziesiątych odeszła w niepamięć, tak evergreeny w stylu Iść w stronę słońca zastąpiły ciężkie, przygnębiające Wielki mały człowiek (Ojciec kraju), XXI wiek (Dla wszystkich z nas) oraz Superszczur.

Anna Jurksztowicz - Diamentowy Kolczyk


Osoba Anna Jurksztowicz kojarzy się nieodłącznie z działalnością jej męża Krzesimira Dębskiego. To właśnie z piosenek do seriali i filmów z jego muzyczną oprawą jej głos znany jest od wielu lat większości Polaków. Mało kto nie słyszał melodii do Matek, żon i kochanek, Na dobre i na złe, Rancza czy nawet obchodzącego już 30-lecie Kingsajzu. Ale choć wokalistka znana jest głównie z napisanych przez męża serialowych piosenek, to początki popowej kariery Anny w PRL były nie tylko bardziej obiecujące, ale i swego czasu dość głośne.
Anna od początku swojej solowej działalności wykonywała piosenki Krzesimira. Na jej debiutanckim albumie Dziękuję, nie tańczę znalazł się utwór, którego wykonanie na Opolu 1985 wywołało emocje podobne do tych wzbudzanych przez niedawne Rolowanie w wykonaniu Nataszy Urbańskiej. Młodszym przedstawiam, a starszym przypominam Diamentowy kolczyk - jeden z najdziwniejszych utworów w historii polskiej piosenki pop.


Piosenka powstała tak naprawdę jako pierwszy przejaw solowych aspiracji Anny. Został wykonany na Krajowym Festiwalu Piosenki w Opolu w 1985 roku i to ten występ przyniósł mu popularność, wywołując u widzów zarówno zachwyt, jak i odrazę, a częstokroć także zdziwienie. Utwór jest typową kompozycją muzyczną Krzesimira Dębskiego - sporo w nim charakterystycznych zabiegów, np. modulacji (czyli zmian tonacji), względnie rzadkich dla popu. Przez to również jest też dość skomplikowany melodycznie, a więc trudny zarówno w wykonaniu jak i odbiorze. Ale to muzyczne dziwadło dodatkowo charakteryzuje się dwoma zmiennymi nastrojami - napisane w dwóch różnych tonacjach refren z bridge'em i zwrotka zdają się zestawione ze sobą w zupełnie losowy sposób. Z jednej strony słyszymy dość niepokojący, pełen nowoczesnych brzmień podkład zwrotki, z drugiej - rozbrajająco banalny, wręcz tandetny refren, utrzymany w reggae.
Tekst piosenki autorstwa Jacka Cygana niestety sprawy nie ułatwia -

Warianty i fanty,
przemowy, ból głowy,
obrazki z Nebraski? Oh, no!

Kryzysy, nawisy.
owacje, frustracje.
posesje, obsesje. Już dość!

Five, six, seven, eight,
dzisiaj można, jutro nie!
Banki nie chcą, skąd ten tłok?
Drugi cel i wyższe dno?

Diamentowy kolczyk,
łez kropelka słodka,
co tu kryć, nie znaczy nic.
za to cieszy mnie.

W jednym z wywiadów, Anna zaciekle broniła piosenki, przedstawiając tytułowy diamentowy kolczyk jako symbol marzeń młodej dziewczyny, która w czasach głębokiej komuny o dobrobycie i pięknym życiu mogła jedynie pomarzyć. Teksty Jacka Cygana nie raz temat owej sytuacji politycznej podejmowały, ale jeśli został on tu poruszony, to najwyraźniej zostało to bardzo udanie zakamuflowane. Wrażenia dezorientacji dopełnia finał piosenki, którą Anna kończy słowami:
Gdy się jutro dowiem,
że go muszę oddać,
zrobię sobie nowy,
jest w końcu tyle szkła.

La, la, la...

To wrażenie było na tyle silne, że pomimo 1-szej nagrody na koncercie Mikrofon i Ekran w ramach wspomnianego Opola '85, publiczność nie do końca przekonana była o tym, czy jest to wybór słuszny. Do dziś Diamentowy kolczyk funkcjonuje jako jeden z punktów zapalnych w dyskusji o muzyce tamtych lat - jedni rozumieją go jako żart, inni śmiertelnie poważnie, jeszcze inni - nie rozumieją go w ogóle.


Moje porównanie z Rolowaniem może się wydawać szukaniem analogii na wyrost, ale podobieństw pomiędzy piosenkami i ich wykonawcami jest sporo: status obydwu wokalistek jest/był obiektem kontrowersji ze względu na silne pozycje ich mężów w polskim świecie muzyki - Krzesimira Dębskiego jako kompozytora muzyki filmowej oraz Janusza Józefowicza - speca od musicali. Poza tym, obydwie piosenki mają dość niejasny tekst zawierający dużą dawkę gier słownych, co w obydwu przypadkach tylko utrudnia ich interpretację i skazuje na mało wyszukaną krytykę. Dodatkowo, obydwie też w warstwie muzycznej nie są typowymi utworami pop - utwór wykonywany przez Nataszę to w dużej mierze melodeklamacja bez typowej dla gatunku konstrukcji, za to z bardzo dezorientującym aranżem. Na koniec pozostaje podobna reakcja ze strony słuchaczy: tak jak Diamentowy kolczyk, Rolowanie także stało się obiektem zarówno dość silnego "hejtu", jak i prób konstruktywnej krytyki.

Rezerwat - Rezerwat (LP)

Rezerwat okładka albumu

Łódzki zespół Rezerwat to jeden z garstki wykonawców nowej fali w Polsce. Powstał w roku 1982 i szybko osiągnął niemały ogólnokrajowy sukces. Dziś zasługuje na miano jednego z głównych przedstawicieli gatunku w naszym kraju. Jednocześnie niestety mało kto go pamięta - polski show-biznes cierpi bowiem na syndrom niewyobrażalnych zaników pamięci, a ta jest poza tym wysoce wybiórcza. Ludzie kojarzą pojedyncze piosenki z PRL, najczęściej utożsamiane z propagandową prosperity, i niewiele poza nimi. Nawet jeśli wydaje nam się, że kojarzymy jakiegoś artystę bardzo dobrze, to jest to pamięć pozorna - brak jest tradycji zainteresowania całą twórczością danego artysty, brak kultu, brak wsparcia. W rezultacie taki na przykład Lombard to teoretyczna legenda polskiej estrady, ale poza Szklaną pogodą i Przeżyj to sam, mało kto może przyznać, że zna dobrze choć tę część ich twórczości, która powstała za ich lepszych czasów. Rezerwat pozostaje właśnie takim niedocenionym klasykiem i w przeciwieństwie niektórych podobnych wykonawców wyróżnia się tym, że jego muzyka, pomimo zupełnie innej rzeczywistości, nadal jest interesująca.

Debiutancka płyta zespołu zatytułowana po prostu Rezerwat powstała stosunkowo szybko - grupa, która de facto zaczęła działalność pod koniec roku 1982, kilka miesięcy później miała już gotowy materiał. Ten wydany został w 1984 roku nakładem prężnie działającej wtedy, chciałoby się nawet powiedzieć "niezależnej", wytwórni fonograficznej Savitor. Należy domniemywać, że to, iż była ona jedną z trzech polonijnych, a więc finansowanych z zagranicy polskich wytwórni, szło w korelacji z tym jaki obóz polityczny, przedstawiali wydawani przez nich artyści.

Stylistycznie album stanowi przykład luźnych inspiracji brytyjskim postpunkiem (np. Bauhaus czy Killing Joke). Rezerwat to zarówno dynamiczny, niemal dyskotekowy bas z przeszkadzającą mu rytmiczną gitara połączoną z niespokojnym podkładem syntezatorem, jak w otwierającym płytę Obserwatorze, jak i zdecydowanie bardziej rytmiczne rockowe brzmienia z silną perkusją, jak w rozbudowanych, często zmieniających nastroje Histerii oraz To tylko mój pogrzeb. W podobnym tonie pobrzmiewa lekki, reggae'owy Cieć oraz Trędowata marionetka (ze skądinąd bardzo deprymującym politycznym tekstem). Jedną z mocniejszych pozycji na krążku jest zamykająca go Modlitwa o więź, której mocne przesłanie nie wymaga chyba komentarza.

Krążek spotkał się z bardzo pozytywnym odzewem. Pomimo tego, że jedynym faktycznie wydanym singlem był Modlitwa o więź / Nowy świetny plan, trzy kolejne piosenki, Histeria, Obserwator i Trędowata marionetka dobiły do odpowiednio 7., 10. i 11. miejsca na Liście Przebojów Trójki. Sam longplay miał się rzekomo sprzedać w milionie egzemplarzy, przynajmniej cytując samego lidera Andrzeja Adamiak.


Album tematycznie przystaje do powszechnie znanego buntowniczego przesłania muzyki punkowej i postpunkowej, która pod koniec lat 70-tych i na początku 80-tych miała ostro komentować szybko zmieniającą się rzeczywistość kryzysu ekonomicznego (szczególnie u grup z Wielkiej Brytanii). Ciekawe jest to, że wyraźne inspiracje zachodnią kulturą miały po raz kolejny dać o sobie znać tym razem za sprawą tego gatunku muzycznego, którego może nie skrajnie rewolucyjny jak w klasycznym punku, ale nadal krytykancki i niespokojny charakter tak idealnie wpasował się w polską rzeczywistość. PRL-owskie naśladownictwo mody z zachodu pomimo niewielkich opóźnień zawsze jakoś ją nadganiało (na tyle na ile możliwe było oczywiście zaadaptowanie trendów z zupełnie odmiennego wtedy kręgu kulturowego). Inaczej było z nową falą, która właśnie dopiero po szoku, jaki wywołał stan wojenny miała pole do rozwoju.

Zarówno album Rezerwat jak i w ogóle działalność zespołu to dokument uwieczniający zamęt, jaki w głowach mieli wtedy przedstawiciele młodego muzycznego pokolenia. Tym samym nie ma się co dziwić, że działalność zespołu pozostaje dziś znana nielicznym - wobec sytuacji społecznej w kraju artyści ci pomimo względnej popularności nie mogli liczyć na wsparcie ze strony zależnych od władzy mediów: nie wydawali ich ani Polska Muza ani Polskie Nagrania, a ich występy w telewizji należały raczej do rzadkości w porównaniu z promowaną przez nią, mentalnie zatrzymaną w gierkowskim raju biesiadą. Nagrania zespołu pamiętają tylko pokolenia wtedy młodzieży bądź koneserzy, ale już nie przeciętny Kowalski. Mimo to, stwierdzić trzeba, że to, że zespoły pokroju Republiki, Brygady Kryzys, Klaus Mittfoch czy AYA RL w ogóle mogły działać to zasługa naszej silnej, w porównaniu z wieloma krajami, wolności słowa.

Kombi - Nowy Rozdział

Kombi - Nowy Rozdział okładka albumu

Zespół Kombi to polska legenda. Mało kto nie zna motywu z czołówki audycji 5-10-15 będącego fragmentem utworu Bez Ograniczeń. Piosenki Słodkiego Miłego Życia czy Nasze Rendez-Vous oprócz bycia hitami były o tyle istotne, że uczyniły ich zarazem pionierami polskiego synth-popu. Ale na sukces grupa musiała chwilę poczekać. Po dobrym starcie na przełomie dekad '70 i '80, na jakim składały się dwa albumy w stylu rockowym z dodatkiem bluesa i funky, zespół wydał dwa przełomowe single - Inwazja z Plutona oraz Linia Życia. Odzew okazał się spory, bo grupa zaskoczyła radykalną zmianą swojego brzmienia. Te dwa dość dobre single zaważyły o kierunku jaki Kombi miało obrać; stanowiły impuls do powstania trzeciego krążka długogrającego zespołu, który grupa zagrała w nowym stylu w zasadzie kompletnie porzucając bluesowo-rockowe ballady na rzecz futurystycznego brzmienia opartego na nowinkach technologicznych. I tak w czerwcu 1984 roku otwarty został Nowy Rozdział.
Album, co się chwali, jest absolutnie spójny i wierny nowej konwencji, co udowadnia, że w trakcie jego powstawania panowie postawili wszystko na jedną kartę. Ich własne zaciekawienie możliwościami nowo zakupionego sprzętu, jakim teraz dysponowali (a były to: syntezatory SCI Prophet 5 i Multimoog, automat perkusyjny Roland TR-808 oraz perkusja elektroniczna Simmonsa SDS V) słychać już od samego początku w instrumentalnej Cyfrowej Grze, choć pełnię jego możliwości wykorzystują dopiero w Nie ma zysku oraz kolejnych pieczołowicie dopracowanych Srebrnym talizmanie i Błękitnym pejzażu.
Oczywiście eksperymenty miewały różne skutki, które, szczególnie po ponad trzydziestu latach, nie zawsze zdają test czasu. Przykładem jest piosenka Nie poddawaj się z dość irytującymi synthami i rapującym Skawińskim, którą ratuje motyw mocniejszej gitary w refrenie i dynamiczny bas, ale i tak pozostaje ona mało klarownym, dziwacznym eksperymentem. Mówiąc o nowościach, warto zwrócić uwagę na wokalistę, który przy okazji zmiany konwencji całego zespołu zastosował nowy, nieco drapieżny sposób śpiewania, nie wszystkim przypadający do gustu. Wokal Skawińskiego pozostawał zresztą największym grzechem Kombi i jest kolejnym dowodem na to, że śpiewanie było chyba najsłabszą stroną muzyki lat osiemdziesiątych. Nigdy bowiem wcześniej w historii muzyki do mikrofonów nie dopchało się tylu wokalistów śpiewających techniką i barwą dobranymi na przekór wszelkim wcześniejszym standardom, czasem z miernym rezultatem.


Wracając jednak do muzyki, ta bogata jest w naprawdę przebojowe momenty: oprócz mniej dziś pamiętanych singli Nie ma zysku oraz Kochać cię - za późno znajdziemy tu oczywiście legendarne Słodkiego miłego życia. Ten ostatni utwór podbił serca słuchaczy, zapewne z powodu niosącego otuchę w czasach kryzysu tekstu Marka Dutkiewicza, wspinając się na 5-te miejsce listy radiowej „trójki”. I mimo, że prezentował się najgorzej z trzech wykonanych utworów na Opolu 1984 (pewnie ze względu na trudność w wydobyciu wysokich dźwięków refrenu przez Skawińskiego), zespół został dobrze zapamiętany spośród festiwalowych występów i otrzymał nagrodę publiczności.


Nowy Rozdział to album dopracowany od początku do końca, prawie pozbawiony słabszych momentów oraz pełen nowych, inspirujących rozwiązań aranżacyjnych, których próżno szukać u jakichkolwiek innych polskich artystów tamtych czasów. Co prawda elektronika nie była zupełną rzadkością i była wtedy stosowana tu i ówdzie, jednak jeszcze wtedy ani nie działo się to na większą skalę, ani też częsta "zapyziałość" niektórych polskich kompozycji - melodycznie może i ciekawych, ale stylistycznie tkwiących cały czas w środku komunistycznej biesiady - nie mogła się równać z formatem europejskim, które prezentowało Kombi.

Unikalność ich brzmienia wiązała się oczywiście również z tym, że aby móc grać taką muzykę, musieli najpierw nabyć sprzęt, a ten, jak wiadomo, trzeba było kupić zagranicą, przywieźć, nauczyć się go obsługiwać, a na końcu umiejętnie wykorzystać. Mimo, że surowość brzmienia oraz precyzję wykonanej pracy da się wyraźnie odczuć, nie przeszkadza to zupełnie w odbiorze. Tym bardziej, że dla wielu to właśnie „mięsiste”, elektroniczne, nie do końca jeszcze oszlifowane brzmienie tamtych lat jest kwintesencją ówczesnej muzycznej rewolucji. Album zatem należałoby zapamiętać jako udany, nowoczesny wtedy, eksperyment muzyczny PRL-u, rozwijany z coraz lepszymi rezultatami na albumach 4 oraz Tabu.
Warto zaznaczyć, że Kombi było zespołem new romantic, a nie stricte synth-popowym. To wszystko za sprawą obecności gitar, bo przecież grali oni wcześniej rocka i bluesa, co bardzo ich odróżnia od promowanych wtedy przez wytwórnie potworów pokroju Modern Talking i polskiego Papa Dance, między które są często błędnie wtykani. To właśnie idealne połączenie elektronicznych gadżetów Łosowskiego i rockowego drygu Skawińskiego pozwoliły na osiągnięcie sukcesu jakim były trzy dobre płyty new romantic, o mnóstwie świetnie zagranych koncertów nie wspominając.

Halina Frąckowiak - Papierowy Księżyc



Polski show-biznes chyba niespecjalnie przepadał za synth-popem. Pomimo obecności garstki takich wykonawców jak Kombi, na ich poczynania patrzono z lekkim politowaniem, zresztą tak jak kilka lat wcześniej w Wielkiej Brytanii dystansowano się do sukcesu Gary'ego Numana albo The Human League. Mimo to, polscy wykonawcy i kompozytorzy decydowali się na używanie nowych instrumentów w pojedynczych piosenkach. Przykładem takiego wyjątku jest legendarny dziś Papierowy Księżyc Haliny Frąckowiak.

Tekst do muzyki Jarosława Kukulskiego napisał Janusz Kondratowicz, jeden z czołowych tekściarzy ówczesnego popu. Prywatnie Halina była przyjaciółką Kukulskich i zapewne to jak i fakt, że od śmierci Anny Jantar minęło wtedy trochę czasu, skłoniło Kondratowicza do próby oddania tego dramatu w balladzie Anna Już Nie Mieszka Tu (także z muzyką Kukulskiego i w wykonaniu Haliny) oraz w Papierowym Księżycu (1985).


Piosenka spotkała się z uznaniem słuchaczy oraz opolskiej publiczności, choć jury kompletnie ją zignorowało. Mogło to częściowo wynikać ze wspomnianego dystansu wobec dość rewolucyjnych trendów muzycznych, ale też z nie do końca udanego, nerwowego występu Haliny. Ten z kolei był zapewne spowodowany dość prozaicznym, jak na ówczesne polskie realia, wydarzeniem, jakim było aresztowanie przez komunistyczne władze męża Haliny zaraz przed festiwalem. Wykonanie piosenki z Opola 1986 pokazuje artystkę już w dużo bardziej ekspresyjnym, promiennym wydaniu.

Utwór charakteryzuje się programowanym, dynamicznym basem i prostymi akordami w podkładzie, a wokalowi odpowiada gitara elektryczna, której dość rozczarowującą solówkę słyszymy w bridge'u (2:49-3:16). Na pierwszym planie jest naturalnie przejęty głos Haliny, który dodaje utworowi dramatyzmu. Tekst, jak tłumaczył Kondratowicz, to wyrażenie nieodżałowanej straty połączone z poczuciem nadziei, że czas leczy rany. I choć przekaz tekstu jest uniwersalny, trudno nie doszukać się bardzo dosłownego nawiązania do historii Anny i Jarosława Kukulskich:

Schną na szybie ślady tez,
ktoś z nas wyjść musi na plus,
taki mały dramat, lecz
wszystko w nim jasne jest już,
wszystko w nim jasne jest już.

Papierowy księżyc z nieba spadł,
skończył się video film,
może to byt romans, może żart,
dziś nie obchodzi mnie to,
dziś już nie martwię się tym.

Papierowy Księżyc stanowi nie tylko jedną z ciekawszych piosenek z płyty Halina Frąckowiak z 1987 roku, obok Dancing Queen oraz Tin Pan Alley, ale również chyba najlepiej zapamiętanym utworem z tamtych czasów, często znanym także młodszym pokoleniom. Szkoda jedynie, że zarówno singla jak i całego albumu próżno szukać w jakimkolwiek komercyjnym wydaniu.

Halina Frąckowiak okładka albumu

Prawa autorskie

Tekst: Wojciech Szczerek

Licencja Creative Commons

BornInThe80s
by Wojciech Szczerek is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

Licencja obejmuje wszystkie artykuły oraz tłumaczenia tekstów piosenek z wyjątkiem oryginalnych tekstów piosenek.

Wszystkie zdjęcia okładek oraz teksty piosenek są dziełem oryginalnych twórców i podlegają prawu autorskiemu.