Born in the 80s

Blog o muzyce lat osiemdziesiątych... i nie tylko!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeboje PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeboje PRL. Pokaż wszystkie posty

Kombi - Inwazja z Plutona / Nie ma jak szpan (singiel)



Patrząc dziś na zawrotną karierę zespołu Kombi, trudno uwierzyć jak krętą drogę musiał przebyć do szczytu swojej synth-popowej kariery. Ich początkowe muzyczne dokonania niezbyt odbiegały od tego, co na co dzień serwowały nam rodzime zespoły pop. I choć ich kariera zaowocowała sukcesami głownie w komunistycznej Polsce, to już same starania grupy o to by być wysłuchanym zagranicą, sprawiły, że otworzyli się na świat i trochę owego świata przywieźli do Polski.

Owo otwarcie na świat pozwalało nie tylko na kontakty muzyczne i biznesowe oraz szansę na posłuchanie najnowszych trendów w branży, ale też na rzeczy bardziej prozaiczne, takie jak zakupy. To dzięki wyjazdom zagranicznym lider grupy Sławomir Łosowski mógł zakupić syntezatory, których próżno szukać było w sklepach chyba całego Bloku Wschodniego.
W 1982 roku zespół postanowił wydać single promujące ich rewolucyjną, jak na polskie warunki, muzykę i przygotować pod nią grunt. Pierwszym z nich był wydany przez Tonpress podwójny singiel z utworem Inwazja z Plutona autorstwa Grzegorza Skawińskiego i Waldemara Tkaczyka oraz Nie ma jak szpan na stronie B napisanym przez Łosowskiego. Piosenki zupełnie odbiegały od tego, co można było usłyszeć na dwóch pierwszych płytach Kombi, gdzie dominował pop z elementami rocka oraz pojawiał się funk i disco, które w owym czasie umierało.


Aranżacja Inwazji to zmyślne połączenie tradycyjnych instrumentów - gitary elektrycznej (solo we wstępie i przerywniku instrumentalnym, 0:14-0:25. 2:09-2:43), rytmicznej (w bridge'u, 0:49-1:05, 1:47-1:57) i basowej (w całej piosence, choć często przykrywa ją bas programowany) oraz perkusji w wykonaniu Jerzego Piotrowskiego. Ale pomimo takiej mnogości elementów typowych dla rocka spod znaku Kombi w tym utworze to właśnie syntezatory stoją na pierwszym miejscu - począwszy od stałych akordów wspartych elektronicznym basem w zwrotkach poprzez odpowiadające wokalowi agresywne uderzenia w refrenie a skończywszy na puentujące każdy refren oraz całą piosenkę efekciarskie dźwięki (1:16-1:17, 2:08-2:09, 3:06-3:09).
Zespół stawiał na futuryzm - tematycznie utwór opowiada o... ataku kosmitów na Ziemię, choć członkowie zespołu wskazują na to, że autor tekstu Marek Dutkiewicz nawiązywał do niedawno wszechobecnych na ulicach polskich miast patroli ZOMO. Pomijając ten może nieco wątpliwy wniosek utwór wydaje się tajemniczy i intrygujący. Całości świetnego rezultatu muzycznego dopełniają indywidualna okładka singla (wtedy, gdy była to rzadkość) oraz świetny, a jak na tamte czasy, rewelacyjny klip wideo wykonany na potrzeby Telewizyjnej Listy Przebojów. Członkowie grupy rozstawieni na podświetlonych platformach i przebrani w kostiumy wykonane z bliżej nieokreślonych materiałów wykonują ekscentryczne ruchy w takt piosenki. Sam obraz poddany jest przetworzeniu kolorów oraz zwielokrotnieniu (np. kadr z gitarą elektryczną). Efekty wizualne idealnie współgrają z kompozycją i rytmiką piosenki.

W porównaniu z utworem na stronie A, nieco mniej radykalny okazuje się Nie ma jak szpan. Utwór znacznie wolniejszy, za to dużo bardziej okraszony technologicznymi nowinkami. Z wyjątkiem wokalu, gitar rytmicznych oraz solowej obecnej w głównym motywie oraz w przerywniku instrumentalnym, wszystko wykonują syntezatory. Utwór autorstwa Łosowskiego to świetne dopełnienie przebojowej pierwszej strony.


Singiel ostatecznie nie zrobił furory, ale dał się zauważyć, na co wskazują nie tylko wykonane dla Telewizyjnej Listy Przebojów klipy do obydwu piosenek, ale też notowania Listy Przebojów Trójki (odpowiednio 20 i 10 miejsce). W notowaniach listy magazynu Non Stop piosenki miały mniej szczęścia i kilkukrotnie pojawiały się w tzw. poczekalni, ale na miejsce na właściwej liście załapał się tylko utwór ze strony B. Zresztą, co widać po wynikach na LP3, utwór Łosowskiego w ogóle zdawał się lepiej przypaść do gustu Polakom niż tajemnicza Inwazja z Plutona.

Pomimo tego zespół nadal czuł wiatr w żaglach i wiedząc, że w Polsce istnieje potrzeba nagrywania muzyki elektronicznej poszedł dalej i nagrał kolejny, tym razem już przebojowy singiel Linia życia. Jako jeden z niewielu zespołów mających własny sprzęt tego typu mogli na swoim kolejnym albumie Nowy Rozdział zaprezentować swoje ówczesne możliwości. Od tego momentu nabrali charakteru, a polska publiczność na zawsze podzieliła się na zwolenników i przeciwników wykonywanej przez Kombi muzyki.

Bajm - Martwa woda

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Bajm to obok Budki Suflera jeden z najdłużej działających w Polsce zespołów. Grupa, której nazwa to inicjały imion jej czterech początkowych członków, tak naprawdę po raz pierwszy zaistniała w 1978 roku, kiedy to zdobyła nagrodę w konkursie Debiuty na festiwalu w Opolu. Podwójny bis piosenki Piechotą do lata był jednak zapowiedzią spektakularnego, ale krótkotrwałego sukcesu - na status jednego z najważniejszych polskich wykonawców przyszło Bajmowi pracować wiele lat.


Wydany w 1983 roku debiutancki LP Bajm względu na dość chaotyczny repertuar przypominał bardziej składankę niż studyjny album zespołu. Wypełniły go nowe przeboje - energiczny Nie ma wody na pustyni i dramatyczny Co mi Panie dasz, ale także szeroki repertuar utworów zakrawających na pastisze gatunkowe, jak katastrofalny Józek, nie daruję ci tej nocy czy osobliwy W drodze do jej serca, których dziś słucha się z półuśmiechem na twarzy. Dziwaczność Bajmu miała jednak swoje intrygujące odsłony, co usłyszeć można było w singlu z debiutanckiego LP pod tytułem Różowa kula, utworze wokalnie drapieżnym (okrzyki Beaty w wysokich rejestrach), tekstowo tajemniczym, a nastrojowo - magicznym. Właśnie tą drogą grupa poszła tworząc swoją drugą w ogóle, ale pierwszą spójną płytę długogrającą w swojej karierze.

Tak jak na Bajm złożyło się doświadczenie szybkich przemian mód i nastrojów w ciągu kilku lat, tak Martwą wodę Kozidrakowie napisali i nagrywali w roku 1984, w nieciekawych dla Polski czasach. Dość powiedzieć, że większość tekstów na płycie wprawia w posępny nastrój, a ich tematyka jest raczej oczywista. Otwierające płytę W klatce lwa zapowiada treść płyty w metaforyczny acz dosadny sposób już w pierwszej zwrotce:
Jesteśmy w klatce lwa
Pijemy gorycz, aż do dna
Co będzie z nami myśleć strach
Setki żelaznych tarcz
Krew w nas gotuje się jak barszcz
I nie pomaga bat tresera

Wrażenie osaczenia i zniechęcenia połączone z paranoją przedstawia Ściany mają uszy, uszy znakomite, który opisuje panujący w totalitarnej codzienności niepokój społeczny:
Nie przeklinaj losu
Świat jest urządzony tak
By obserwować Cię
Z każdej jego strony

Z kolei próby psychologicznego skonfrontowania się z rzeczywistością nakreśla Moja wina, wielka wina. Jednak to utwór tytułowy z płyty w najbardziej jaskrawy sposób oddaje wrażenie beznadziei. Rozmyta gitara symbolizująca "martwą wodę", w jakiej tonęła Polska a podejrzanie spokojny wokal Beaty to tylko wstęp do dramatycznego refrenu, który oddaje całość beznadziei, jaką zespół musiał wtedy odczuwać:
Ratuj mnie
Jestem, jestem, jestem już na dnie
Ratuj mnie
Bo tonę, tonę w martwej wodzie
Codziennych naszych spraw

Najbardziej charakterystycznym utworem z płyty był z pewnością Piramidy na niby, który grupa wykonała zresztą na festiwalu Opole 1984. Piosenka dziwaczna i powtarzalna, ale w swojej osobliwości świetnie obalająca mit komunistycznej walki o dobrobyt, której rezultaty porównali w niej do budowy egipskich piramid, i bezsensie zbudowanych na społeczeństwie niewolniczym starożytnych kultów. Charakterystyczne jest celowe zaburzenie rytmu, co słuchać w nieregularnym, zmieniającym się metrum zwrotki, dające wrażenie muzycznej "diagonalności" budowanych na fałszu piramid.

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Poza wspomnianymi wyżej tekstami, które można równie dobrze interpretować bardziej personalnie, nie brakuje utworów bardzo intymnych. Będąca zdecydowanie najmocniejszą pozycją na krążku Małpa i ja to idealnie odzwierciedlone, muzyczno-tekstowe wyobrażenie tego, co dzieje się w umyśle osowiałym, melancholijnym, będącym w stanie głębokiej depresji a nawet szaleństwa.


Napięcie w piosence zbudowane jest idealnie - początkowo neutralna zwrotka przechodząca w refren to zapowiedź narastającego przejścia gitarowego, przywodzącego skojarzenie z potęgującym się załamaniem nerwowym. Po tym dość długim i dramatycznym bridge'u a także pełnym rozpaczy refrenie, powraca zwrotka. Tym razem jednak śpiewana jest ona przez dwa wokale jednocześnie - pierwszy to ten spokojny, otępiały, który znamy już ze zwrotki pierwszej, a drugi stanowi odzwierciedlenie katastrofalnego stanu psychicznego osoby. Ale piosenka poza głębokim tekstem sprawdza się także jako przemyślany, bezbłędnie zaaranżowany oraz wykonany utwór rockowy, któremu nie można odmówić ani muzycznego "kopa", ani autentyczności.

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Płyta pomimo swojego potencjału nie spotkała się z większym zainteresowaniem mediów. W czasach, kiedy sporo utworów opisywało trudy codzienności, album tego typu - wycofany, drapieżny, ale pozbawiony anthemów pokroju Przeżyj to sam Lombardu w zasadzie przeminął bez wieści. Grupa ogrywała płytę (między innymi na tournée po Wietnamie), jednak nie pozwoliło jej to na znalezienie się w prasie muzycznej na przestrzeni całego roku.
Artystycznie Martwa Woda to jednak prawdopodobnie najbardziej interesująca pozycja w dyskografii Bajmu - album stojący pośrodku rockowego tryptyku (który wieńczył LP Chroń Mnie z 1986 roku) jest najbardziej spójnym muzycznym obrazem grupy, którą do tej pory, zresztą tak jak wielu polskich wykonawców, charakteryzował stylistyczny nieład. Kolejne dokonania zespołu zostały znacznie lepiej przyjęte, choć zawdzięczać to może raczej sukcesom pojedynczych, skądinąd udanych piosenek.


Obecnie Bajmowi miejscami daleko do rockowych brzmień sprzed ponad trzydziestu lat. Polakom zdecydowanie częściej kojarzy się on z balladami i ckliwymi przebojami z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to obalenie komunizmu tchnęło w grupę, tak jak i w większość polskich wykonawców, którzy przetrwali transformację, nowe życie. Nic dziwnego, że dziś lepiej pamiętamy niosącą nadzieję Białą armię czy nawet melodramatyczne Dwa serca, dwa smutki, a nie pozostające w jego cieniu rockowo-depresyjne utwory typu Martwa woda albo Małpa i ja. Jednak pomimo upływu czasu i zdecydowanej zmiany stylistycznej, płyta jest nadal żywa i wyrazista a także warta przypomnienia.

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia (LP)

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia okładka albumu

Historia Budki Suflera swoją zawiłością dorównuje klasykom brazylijskiej telenoweli. Ale to właśnie poprzez umiejętne zmiany personalne w sytuacjach tego wymagających, zespół pozostawał na topie tak długo, czy raczej, powracał na niego tak często. Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych, choć nie pozbawiona sukcesów, upłynęła grupie pod znakiem zmian, nie zawsze oczekiwanych. W 1980 roku współpracę z Anną Jantar przerwała jej nagła śmierć, nagrany dla Izabeli Trojanowskiej debiutancki album IZA (1981) okazał się ich pierwszym i ostatnim wspólnym projektem, a w 1982 śpiewający z zespołem zaledwie od 4 lat Romuald Czystaw zmuszony był ustąpić z funkcji wokalisty z powodu problemów z głosem.


Jednocześnie Budka podjęła decyzję o wydaniu albumu kompilacyjnego, który zawierałby ulepszone technicznie wersje znanych przebojów grupy oraz dwa nowe nagrania zrealizowane z Felicjanem Andrzejczakiem, jej nowo wybranym wokalistą. Sięgnięcie do starego repertuaru skłoniło ich, zgodnie z zasadą, której trzymali się do końca kariery, aby do ich odtworzenia zaprosić oryginalnego wokalistę - Krzysztofa Cugowskiego.
Jednocześnie przyjęty na miejsce Czystawa Andrzejczak w swojej roli sprawdzał się tylko częściowo - jego głos w Jolka Jolka, Czas Ołowiu i Noc Komety stanowił ciekawy dodatek do ugruntowanego brzmienia zespołu, ale udział wokalisty okazał się epizodyczny. Dość przypadkowo zaważył o tym właśnie powrót do starych nagrań - obecność Cugowskiego na sesjach do 1974-1984 sprawiła, że zdecydowano się na ponowne podjęcie z nim współpracy. Ostatecznie zapowiadany kolejny, tym razem studyjny album, nagrany najpierw z Andrzejczakiem wylądował na półce, a materiał zaśpiewał Cugowski.


Wydany pod koniec 1984 roku album Czas czekania, czas olśnienia był zwrotem w nowym kierunku muzycznym. Zespół wykonujący dotychczas post-rockandrollowy rock ukuty w kompozycje pachnące Led Zeppelinem i rokujący bardziej jako weteran estrady, porzucił starą modę i zaprezentował się od zupełnie innej strony. Na swoim szóstym albumie studyjnym Budka nie tylko pokusiła się o nowoczesne aranżacje, ale też wykorzystała typowy dla siebie skład instrumentalny do stworzenia nowych brzmień.
Pierwszą stronę płyty rozpoczyna dość konserwatywny instrumentalnie, niemal kameralny, ale za to chwytliwy Cały mój zgiełk, singiel wiodący, który na  Liście Przebojów Trójki dobił do nieprzypadkowego pierwszego miejsca. Piosenka stała się przebojem, co pozwoliło jej znaleźć się w Telewizyjnej Liście Przebojów oraz być zaprezentowaną na festiwalu Opole 1985.


Znaczącą część pierwszej strony albumu zajmuje monumentalny utwór tytułowy, w którym Cugowski zaskakuje ogromem możliwości głosowych, pozwalających na stałe budowanie napięcia przez 10 minut jego trwania. Jednocześnie Tomasz Zeliszewski (perkusja) jak zwykle sprawdza się w roli bezbłędnego tekściarza, a Romuald Lipko - świetnego kompozytora i wszechstronnego aranżera, nie bojącego się postawić wszystkiego na abstrakcyjną elektronikę. Kolejnych mocnych pozycji na płycie nie brakuje - dość wspomnieć reggae'owe Zmiany w organizmie, Wyspy bez nazw czy nawet pseudo-synth-popowy Dobrej zabawy nigdy dość, w którym Lipce zarzucano nawet zabawę w Kombi.


Ale ani Budce Suflera, ani jej głównemu motorowi twórczemu naśladowanie kogokolwiek nie było do niczego potrzebne. Po 10 latach budowania renomy grupa miała na koncie kilka udanych płyt, na których prezentowała różne style, od hard rocka po soul, a także zdołała wypromować dwie wokalistki polskiej sceny - Izabelę Trojanowską i Urszulę przy pomocy bezkonkurencyjnego, świeżego repertuaru. Lipko wielokrotnie wyłaniany był w plebiscytach na najlepszego kompozytora muzyki rozrywkowej w kraju, a Budka - wybierana na najlepszy polski zespół. I choć czasy były dla takich artystów dość łatwe (z powodu niewielkiej konkurencji, którą ograniczała kontrola młodych wykonawców i praktyczne zamknięcie możliwości swobodnego odwiedzania Polski przez artystów zagranicznych), to trzeba przyznać, że nakłady płyt zespołu robiły wrażenie: zarówno pół-kompilacyjny 1974-1984 jak i nowoczesny Czas czekania, czas olśnienia były jednymi z najpopularniejszych płyt roku 1984. Sprzedały się one odpowiednio w 220 i 110 tysiącach egzemplarzy, co umieściło Budkę w ścisłej czołówce.
Czas czekania, czas olśnienia tchnął silny wiatr w skrzydła okrętu Budka Suflera, którym do tej pory powodowały boczne podmuchy w postaci licznych zmian w składzie oraz projekty dodatkowe realizowane niejako bardziej akonto promowanych wokalistek, a mniej służące popularności grupy. Po dekadzie działalności dyskografia zespołu została poszerzona o jedną z ich najlepszych płyt, co pomogło im także zyskać kolejne rzesze nieco młodszych fanów. Jednocześnie Cugowski potwierdził, że z jego charakterystycznym, krzykliwym wokalem Budka Suflera będzie działać jeszcze długie lata.

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia okładka albumu

2 plus 1 - Bez limitu

2 plus 1 - Bez limitu okładka albumu

Z początkiem lat osiemdziesiątych zespół 2 plus 1 stopniowo zaczął oswajać się z myślą, że pomimo trudnych dla artysty realiów PRL-u, budowanie kariery w kraju jest jednak o wiele łatwiejsze niż zagranicą. Materiał nagrany na ich dwie anglojęzyczne płyty Easy Come, Easy Go (1980) oraz Warsaw Nights (1981), wydane m.in. w RFN-ie przez kilka lat promocji nie zrobiły na nikim specjalnego wrażenia. Z kolei wydany po nich pierwszy od kilku lat singiel w języku polskim, Iść w stronę słońca, przyniósł nieoczekiwany sukces. Grupa, pomimo obowiązującego stanu wojennego, nagrała w Niemczech w listopadzie 1982 roku Rocky Doctor, swój ostatni singiel zagraniczny, który także przepadł bez wieści. Jasnym musiało być dla nich, że wobec panującej sytuacji politycznej trudno będzie dalej walczyć i podbijać rynki wrogiego nam kapitalizmu. Poza tym, wbrew temu, co mówiła PRL-owska propaganda uzasadniając niedostępność wspomnianych dwóch LP, ich płyty na Zachodzie wcale się nie sprzedawały, a przynajmniej dziś nie ma na to dowodów. Wobec tego stało się bardziej niż oczywiste, że zespół 2 plus 1 ukierunkuje swoje działania na rynek polski.


Na efekty tego światopoglądowego zwrotu nie trzeba było długo czekać, bo już od roku 1982 zespół przystąpił do nagrywania swojego ósmego albumu długogrającego. Bez Limitu wydany w 1983 roku to chyba najbardziej radykalna zmiana stylistyczna w historii tria. Dawne lekkie utwory 2 plus 1 zastąpiły kompozycje bardziej nowoczesne, luźno naśladujące elektroniczną nową falę, która od przynajmniej dwóch lat skutecznie zatapiała dawną modę na disco i rocka na całym świecie.


10 kompozycji Janusza Kruka i Cezarego Szlązaka powstały do słów jednego z najbardziej prominentnych wtedy tekściarzy Andrzeja Mogielnickiego. Najlepszymi z nich okazały się utwory tematycznie poważne, które wypełniła pełna niepokoju elektronika. Piosenki Requiem dla samej siebie, XXI wiek (Dla wszystkich nas), Gorące telefony czy Superszczur to prawdopodobnie najbardziej charakterystyczne single pierwszej połowy lat osiemdziesiątych w Polsce. Wszystkie cztery piosenki razem wpasowywały się w panujący wśród artystów pesymizm wynikający z utraty sporej części wolności w okresie stanu wojennego: awangardowy Superszczur przedstawia ten koncept w ciekawy, abstrakcyjny sposób, Gorące telefony to wyrażenie strachu przed następstwami nieodpowiedzialnych decyzji, jakie podejmowane były we wrogich sobie mocarstwach, a XXI wiek  stawia pytania o niepewną przyszłość w ogóle. Z tych czterech utworów jedynie Requiem wydaje się bardziej osobiste i uniwersalne.

Niestety te 4 mocne pozycje pozytywnie wyróżniają się spośród reszty utworów z płyty. Zarówno pozostałe pojawiające na liście przebojów Trójki Nic nie boli oraz Gdy grali dla nas Rolling Stones, ani utwory stricte albumowe - Boogie o 7 zbójach albo China Boy, są tak bardzo kiczowate i nieprzemyślane, że trudno przez nie przebrnąć. Jak zauważali krytycy, mający wspominać Rolling Stones utwór nie ma nic wspólnego z ich muzyką, a na dodatek nie broni się ani tekstowo, ani muzycznie, Boogie o 7 zbójach nie jest faktycznym boogie, a maniera wokalna skądinąd utalentowanej wokalistki Elżbiety Dmoch, która objawia się przesadnie drapieżną, pretensjonalnie krzykliwą barwą wielu utworach jest nie do zniesienia.


Choć te mieszane uczucia wobec albumu wydają się uzasadnione, innego zdania byli fani zespołu, którzy album docenili, zapewne przez to, że z wyjątkiem anglojęzycznych LP (w Polsce i tak w zasadzie niedostępnych) 2 plus 1, zespół kazał czekać na nowe piosenki aż 4 lata. Dzięki obecności w mediach, na którą składała się m.in. realizacja klipów w Telewizyjnej Liście Przebojów oraz dobrze przyjęty awangardowy recital na festiwalu Opole 1983, Bez Limitu przebiła świetny wynik 150 tysięcy sprzedanych egzemplarzy i zdobyła status złotej płyty. Bez względu na noty, grupa raz jeszcze na chwilę znalazła się na ustach wszystkich.


2 plus 1, które do tej pory uchodziło za przemijającą gwiazdę poprzedniej dekady pokazało się od zaskakującej strony. Szkoda tylko, że promowany nowy image, jaki zbudowali swoimi nowymi elektronicznymi przebojami i drapieżnym stylem, zachowawczo dopełnili na płycie kiepskim materiałem. Pomimo niedostatków doczekała się ona następczyni w postaci LP Video z 1985 roku. Jej zawartość przypomina stylistycznie bestseller z 1983 roku, choć nie był już tak wielkim zaskoczeniem. Bez Limitu to także ostatni sukces zespołu - żadnemu z kolejnych wydawnictw, zarówno tych wydanych przed, jak i po rozwiązaniu 2 plus 1 nie udało się odzyskać dla grupy popularności. Dziś pamięta się ją raczej z pierwszego okresu działalności, gdy ich repertuar wypełniał folkowy pop, często zapominając szereg naprawdę niezłych przebojów z lat osiemdziesiątych.

Bajm - Dwa serca, dwa smutki

Zespół Bajm to historia przeobrażeń, zmian koncepcji, składów i stylów. Pomimo wielu zawirowań grupa umiała pozostać zapamiętaną i mimo, że miała swoje gorsze momenty, to jako jeden z nielicznych polskich wykonawców zdołała pozostać na topie, przez niemal 40 lat wydając single, z których co jakiś czas wyłaniał się przebój. Po opolskim sukcesie z Piechotą do lata w roku 1978, kiedy to po raz pierwszy zapisali się w historii polskiej muzyki, przyszedł czas na debiutancki longplay z 1983 roku, który obrodził hitami. Następnym kamieniem milowym karierze Bajmu był dziś nieco zakurzony, ale rozpoznawany i lubiany przez większość Polaków Dwa Serca, Dwa Smutki.


Piosenka, podobnie jak większość kompozycji do tamtego momentu została skomponowana przez rodzeństwo Jarosława i Beatę Kozidraków na trzecią płytę Bajmu zatytułowaną Chroń Mnie. Spośród wszystkich utworów jest w zasadzie jedyną napisaną na surową elektronikę z niewielkim tylko dodatkiem gitary elektronicznej. Jest też jedną z pierwszych spokojnych piosenek zespołu, które zaczęły stopniowo wypełniać coraz większy procent ich repertuaru. To na nich Beata zaczęła zdradzać tendencje do śpiewania lirycznie, niemal ckliwie, w przeciwieństwie do pseudo-rockowego image'u, jaki prezentowała do tej pory w takich hitach jak Nie ma wody na pustyni, Józek, nie daruję ci tej nocy czy Co mi Panie dasz. Dość unikalna jak na Bajm oprawa piosenki - syntezatory wygrywające akordy oraz programowany elektroniczny bas nakreślają bardzo surowy, niemal sterylny krajobraz, do którego dołącza zimny, zaniepokojony głos wokalistki.

Bajm - Dwa serca, dwa smutki okładka singla

Całości klimatu dopełnia nakręcony z kapitalistycznym rozmachem klip do piosenki. Teledysk kręcono między innymi w Hotelu Victoria, miejscu często goszczącym ekipy filmowe i telewizyjno, bo jako jeden z niewielu budynków w Polsce przypominał Zachodnie. Unikalne były też stroje noszone przez wokalistkę, która w udawanych spazmach rozpaczy ucieka przed dawnym kochankiem.


Dwa Serca, Dwa Smutki okazał się sporym hitem - promujący LP Chroń mnie utwór doczekał się zasłużonego 1-ego miejsca na Liście Przebojów Programu Trzeciego. Do dziś pozostaje też jednym z chętniej wykonywanych utworów Bajmu. Zarówno styl śpiewania obecny w piosence jak i image wokalistki przedstawiony w teledysku do niej zrealizowanym w dużej mierze złożył się na kierunek, jaki później miał obrać zespół.

Kombi - 4

Zespół Kombi na zawsze pozostanie symbolem polskich lat 80-tych. Grupa pod wpływem zachodnich trendów elektronicznych zmieniła się z "młodzieżowego", jak to się wtedy mawiało, zespołu rockowo-popowego w pierwszego poważnego polskiego wykonawcę synth-pop. Ich muzykę znają dziś niemal wszystkie pokolenia, nawet jeśli ta znajomość ogranicza się tylko do hitów w postaci Słodkiego miłego życia, Black and White, Nasze randez vous czy w końcu fragment Bez ograniczeń użyty w czołówce programu 5-10-15. Może ogólnie, jak sugeruje uszczypliwe powiedzenie „Gra i trąbi zespół Kombi”, większość Polaków traktuje ich muzykę z dystansem, ale ich albumy miały ogromny wkład w rozwój polskiej sceny muzycznej w bardzo trudnych dla niej czasach.

Tak więc nie zaskoczył nikogo sukces, nieoczekiwanie odniesiony płytą o proroczej nazwie Nowy rozdział, na której zespół zaprezentował nowe i, jak na Polskę, unikalne brzmienie oraz image. Jednak „nadwiślański Duran Duran”, bo do tej grupy brytyjskiej śmiało można zrównywać przebojowość niektórych utworów Kombi, doprowadził swój styl do perfekcji tak naprawdę na swojej czwartej płycie – 4.

Kombi - 4 okładka albumu

Longplay został wydany pod koniec roku 1985 jako przewidywalna kontynuacja mieszanki synth-popu z rockiem z płyty poprzedniej. Zarejestrowane utwory zostały napisane przez czterech członków zespołu do słów m.in. Jacka Cygana i Marka Dutkiewicza. Zapewne wobec sukcesu Słodkiego miłego życia oraz niedoborów tego typu muzyki na polskiej scenie, zespół miał dowolność w pisaniu piosenek. Mogli nagrać to, co chcieli, działając, nomen omen bez ograniczeń. Może poza faktem, że syntezatory i automaty perkusyjne, które posiadali musieli sprowadzić z Zachodu, ale o dziwo przed nagraniami po raz kolejny im się taka operacja udała: Łosowski zakupił Yamahę DX-7, komputer perkusyjny Yamaha RX-11 oraz komputer Commodore 64.

Swoistą prezentacją możliwości nowego sprzętu jest wstęp do płyty – kilkudziesięciosekundowy Kombi Music, w którym słychać bogactwo różnych brzmień oraz - i tu zaczyna się prawdziwy szał – zsamplowany i przetworzony przez sampler Ensoniq Mirage głos Łosowskiego, który stał się bohaterem występów zespołu w kolejnych latach. Jest to zresztą tylko jedno z wielu przykładów użycia na płycie sampli, które powracają m.in. w instrumentalu Zaczarowane miasto.

Kombi - 4 okładka albumu

W porównaniu z Nowy rozdziałem piosenki na 4 zyskały na przejrzystości, więcej było w nich wyselekcjonowanych, różnorodnych brzmień (zasługa głównie władającego elektroniką zespołu Sławomira Łosowskiego), a wstawki gitarowe Grzegorza Skawińskiego, choć nadal celne i ciekawe, zostały zneutralizowane i zminimalizowane. To wszystko skutkiem tego, iż zespół nie musiał się już oswajać z możliwościami elektroniki, bo dobrze je już znał. Dość powiedzieć, że pomimo posiadania w składzie perkusisty, zespół wiele z tych utworów programował.

Swobodę w użyciu instrumentów zdradzają zarówno hiciory, takie jak Black and White, złożony z trzech świetnych motywów, połączonych w imponująco spójną całość, jak i utwory mniej znane – Lawina – kamień do kamienia (drapieżnie rockowy utwór Waldemara Tkaczyka) czy Za ciosem cios (elektroniczny up-beat Łosowskiego). Oprócz energicznego popu, płyta zawiera też momenty spokojniejsze, ale niemniej interesujące – Szukam drogi, nieco dziwny, niełatwy harmonicznie Kim jestem - kim byłem do słów Dutkiewicza czy w końcu świetną popową "pościelówkę" Skawińskiego - Nasze randez vous.


Niemającym porównania na polskim rynku brzmieniom nowych utworów Kombi pomagała, co również było u nas nowością, przemyślana promocja wizualna zespołu: dwustronną pełną okładkę wydania płyty (którą na szczęście postanowiono odtworzyć także w reedycji CD) wypełnia rewelacyjny kolaż Andrzeja Tyszki, wybitnego polskiego fotografa i projektanta tamtych lat, a image zespołu zarówno na zdjęciach jak i występach podkreślał wpływy noworomantyczne (fryzura wokalisty "na płetwę" oraz ich ubrania).

Ponadto single Black and White i Nasze randez vous doczekały się wyreżyserowanych przez Juliusza Machulskiego klipów, które były, co również w tamtych czasach dość rzadkie, w pełnym tego słowa znaczeniu teledyskami, a nie, jak to często bywało zapisami występów zespołów w ramach Telewizyjnej Listy Przebojów ograniczonymi możliwościami technicznymi i finansowymi tejże. Wszystkie te elementy składały się na popowy majstersztyk, wizytówkę polskiej muzyki tamtych czasów, której realizacja, jak nie trudno zgadnąć, wymagała wtedy determinacji większej niż w krajach, w których jedyną przeszkodą mogły być pieniądze.

Kombi - 4 okładka albumu

Ale oprócz okołomuzycznych aspektów działalności zespołu w ramach longplaya 4, nie należy zapominać, że bez dobrej muzyki, wszystko to nie byłoby, parafrazując Niech żyje bal „Zachodu warte”. Tu zresztą zdania są podzielone - czwarta płyta Kombi tak jak i w ogóle idea synth-popu, nie tak bardzo spodobała się rodzimym krytykom. Ich choć trudno dyskutować o gustach, to niektóre głosy świetnie oddawały skostniałe obyczaje panujące w Polsce. Przykładem może tu być recenzja płyty w Magazynie Muzycznym Non stop, w której zarzucano popowemu na wskroś Kombi niski poziom muzyczny nagrywanego materiału przy wysokim poziomie umiejętności grupy, a ich utworom "brak jednolitego charakteru literackiego". Tak właśnie.


Odmiennego zdania byli słuchacze. Album 4 musiał należeć do popularniejszych wydawnictw roku, bo osiągnął status złotej płyty, a więc sprzedał się w minimum 160 tys. egzemplarzy. Z kolei na przestrzeni całego roku 1986 przez listę przebojów radiowej trójki przewinęło się aż 7 z (nie licząc krótkiego Kombi Music) 9-ciu utworów z longplaya! Co ciekawe, najlepsze wyniki osiągnęły Za ciosem cios (3. miejsce i 11-tygodniowy pobyt) i Black and White (9. miejsce), zaś jedna z bardziej znanych dziś pozycji zespołu, Nasze randez vous przebiła ledwie 40. pozycję.


Trzeba przyznać, że to głównie dzięki umiejętności pisania piosenek, a nie jedynie użyciu kilku elektronicznych piszczałek zespołowi udało się stworzyć płytę, która w polskiej fonografii lat osiemdziesiątych stanowi przykład jednej z niewielu realizacji na miarę tych z Zachodu. Gdyby ktoś zapytał wtedy, który polski zespół mógłby najlepiej zaprezentować możliwości naszego rodzimego „show-biznesu”, to byłoby to właśnie Kombi w momencie wydania LP 4. Niestety oprócz występów na targach muzycznych Midem '85 (jeszcze przed nagraniem "czwórki") oraz licznych występów za granicą (w przeciwieństwie do większości naszych artystów, granymi nie tylko dla Polonii w Chicago), Kombi nie przebiło się poza Polskę. W kraju sukces ich muzyki stopniowo przemijał i po latach odcinania kuponów zespół zawiesił działalność w 1992 roku.

Dead or Alive - You Spin Me Round (Like a Record)

Zespół Dead or Alive śmiało można zaliczyć do one-hit-wonders. Jego dokonania w świecie muzyki pop ograniczają się w zasadzie tylko do jednego znanego singla jakim był You Spin Me Round (Like a Record). Brytyjski zespół jest pamiętany głównie dzięki temu hitowi, jak i również frontmanowi Pete'owi Burnsowi, wokaliście wielce kontrowersyjnemu przez swój, nawet jak na tamte czasy, bardzo ekscentryczny image.

Grupa zadebiutowała w roku 1980 promując kiczowate wydanie Hi-NRG, gatunku synth-pop, któremu dekada lat osiemdziesiątych zawdzięcza chyba najwięcej piosenek-hitów zaliczanych do tzw. "guilty pleasures". Jednak dopiero współpraca z legendarną grupą producencką Stock Aitken Waterman przyniosła zespołowi sukces. Wydany w 1984 roku You Spin Me Round singiel wiodący z ich drugiej płyty zatytułowanej Youthquake okazał się strzałem w dziesiątkę.


Swoją zaraźliwość utwór zawdzięcza przed wszystkim niesłychanie chwytliwej melodii refrenu. W połączeniu z bardzo dynamicznym, skocznym brzmieniem syntezatorów oraz charakterystycznym, niezwykle zniewieściałym pomimo niskiego rejestru wokalem Pete'a, daje ona niepokojąco mocny rezultat. Niepokojąco, bo singiel, towarzyszący mu wideoklip oraz sam zespół przejawiają wszystkie możliwe oznaki kiczu. Oprawa wizualna teledysku przeszła zresztą do historii dzięki przebraniu wokalisty a la Kapitan Hak koniecznie uwzględniającym przepaskę na oko i bujne kręcone włosy, czyniąc z niego chyba najbardziej "przegiętego" pirata wszech czasów.

Jednak to wszystko zdecydowało o sukcesie singla, który szybko zawojował dyskoteki całego świata. Nie dający odmówić sobie przebojowości o sile wykraczającej poza wszelkie znane do tej pory skale utwór dotarł do szczytu list przebojów w czterech krajach, a królował w pierwszej dziesiątce kolejnych dziewięciu. Ten ewenement miał na tyle silny wpływ na losy Dead or Alive, że zespól skutecznie ratował swoją karierę (i zapewne także budżet) aż trzykrotną reedycją utworu. Dzięki tej ostatniej z 2006 roku, utwór uplasował się na 6. miejscu UK Official Charts, co jak na utwór dwudziestoletni jest bardzo dobrym wynikiem.

Dead or Alive - You Spin Me Round (Like a Record) okładka singla

Poza sukcesem zespołu, piosenka jest przede wszystkich przykładem nowoczesnego przeboju, za którym stała wytwórnia oraz wspomniana już legendarna grupa producencka. You Spin Me Round to tandeta, która okazała się kopalnią złota. Sukces piosenki był pierwszym tak bardzo udanym rezultatem wykorzystania formuły tria SAW do generowania hitów. Pozwolił im przejść do historii jako jedna z najbardziej udanych kolaboracji tego typu. W końcu to właśnie marce Stock Aitken Waterman zawdzięczamy kolejne kiczowate, ale jakże chwytliwe klasyki, takie jak I Should Be So Lucky (Kylie Minogue), Never Gonna Give You Up (Rick Astley), Especially for You (Kylie & Jason Donovan), Too Many Broken Hearts (Jason Donovan) oraz wiele innych estetycznych koszmarów, przy których do upadłego tańczyły całe pokolenia.

Lombard - Śmierć Dyskotece!

Lombard - Śmierć Dyskotece! okładka albumu


W realizowanym na łamach Magazynu Muzycznego Non-Stop plebiscycie w kategorii Największe rozczarowanie roku 1982 trzecią lokatę otrzymała grupa, mająca stać się legendą polskiego rocka. W artykule Krzysztofa Wodniczaka w jednym z kolejnych wydań pisma jest jeszcze ciekawiej - Lombard określony jest tam mianem "firmy, która już w nazwie ma to, że preferuje wyprzedaż bubli". Mało tego, według autora najgorszą wokalistką roku jest Małgorzata Ostrowska (sic!), a całej grupie zarzuca on "niedostateczne przygotowanie zawodowe", a także "indolencję", "megalomaństwo" i "amatorszczyznę". Opinia ta wyrobiona zapewne pod wpływem początkowego zamieszania związanego z klarującym się przez długie miesiące składem zespołu oraz osobliwymi motywacjami do jego powstania ma w sobie ziarno prawdy, szczególnie w nazywaniu jego poczynań "pseudorockiem", ale zdradza też kompletny brak zrozumienia intencji grupy. A ta miała szybko dołączyć do kanonu polskiej klasyki rocka.

Nagrana w połowie 1982 roku Śmierć Dyskotece! wywoływała sporo emocji, a jej status w polskiej fonografii przypieczętowały m.in. wyniki sprzedaży, która miała według  nieoficjalnych źródeł osiągnąć niesłychany w owym czasie nakład 400 tysięcy egzemplarzy (tj. podwójnej złotej płyty). Ale robiący sporo zamieszania zespół nie przypadł do gustu krytykom. Dlaczego tak było i co zdecydowało o ostatecznym sukcesie debiutanckiej płyty rodzącego się w bólu Lombardu?


Na okoliczności powstania zespołu składa się wiele czynników, tyleż osobliwych, co typowych dla realiów polskiego "show-biznesu" przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wtedy to wśród kilkorga wychowanków niezwykłej dość szkoły, jaką było Studio Sztuki Estradowej, pojawiła się chęć stworzenia grupy wokalnej. Tak powstał Vist, którego jedną z prób odwiedził menedżer formacji Alex Band, Piotr Niewiarowski. Niesprzyjające realia i fakt, że ludzie ci nie mieli zbytniego obeznania z muzyką rockową zapewne opóźniło wykrystalizowanie się aspiracji grupy, repertuaru, a nawet, unikatowego jak na polskie realia, image'u. Nie mogło to jednak zniweczyć planów stworzenia czegoś nowego ani odrzucić od siebie łaknących wtedy takiej muzyki słuchaczy. W realizacji przedsięwzięcia pomogła współpraca ze znanym wtedy autorem piosenek Jackiem Skubikowskim. Ich pierwsza płyta powstawała z trudnościami, ale okazała się całkiem udanym debiutem.

Piosenka tytułowa jest zresztą tego najlepszym dowodem - ciekawie skonstruowanym połączeniem rocka z disco. Utwór śpiewany jest unisono przez wszystkich trzech ówczesnych wokalistów zespołu, Grzegorza Stróżniaka, Małgorzatę Ostrowską i Wandę Kwietniewską, co było chyba jedyną spuścizną po wokalnym charakterze Vistu. Jest on wymowną deklaracją buntu wobec rzeczywistości - zarówno muzycznej, jak i politycznej. Jeśli chodzi o tę ostatnią, to w późniejszych interpretacjach tekstu utożsamiano znaczenie wyrazu "dyskoteka" z czołgiem, a więc w tym kontekście - stanem wojennym. Utworu dziś słucha się jako prostego, chwytliwego rockowego kawałka, choć w momencie swojej premiery musiał dość mocno się wyróżniać - był głośny, całkiem nowatorski, ale też niewolny od kiczu (głównie przez nieco rozczarowujący refren).


Krokiem w stronę "prawdziwego" rocka jest mocny, ale odrobinę bezbarwny Na skróty do piekła, śpiewany przez Kwietniewską. W podobnym tonie, choć zdecydowanie bardziej wyraziście dzięki drapieżnemu wokalowi Ostrowskiej brzmi Droga Pani z TV. Genialny pop-rockowy utwór Skubikowskiego przełamywał nastrój markotnego rocka z dwóch poprzednich utworów. Tematem znów była krytyka realiów, a na widelec wzięto tym razem ogłupiającą społeczeństwo telewizję.

Następująca po nim Rdza to powrót do rockowego brzmienia w wykonaniu Stróżniaka - niestety tyleż rockowego, co nieprzekonującego. Ekspres stąd do nieba to nieco bardziej udany utwór w wykonaniu Kwietniewskiej, który zresztą stanowi zapowiedź stylistyki Bandy i Wandy - zgrabnej rockowej "łupanki" z kobiecym wokalem spod szyldu Pat Benatar albo Kim Wilde. Po rockowej szarpaninie czas na pierwszy utwór zasługujący na miano kultowego - Taniec pingwina na szkle. Piosenka znów ryzykownie, ale niezwykle trafnie kreśli niepokojący obraz peerelowskiego everymana:

W domach, jak klocki olbrzyma,
Rury zawyły ze strachu przed dniem.
Znów się zaczyna taniec pingwina na szkle.

Zwija śniadanie w gazetę,
Chowa pod skrzydła pysk blady, jak wosk.
Dziób mu się zgina, rośnie łysina od trosk.

Poza świetnym tekstem i muzyką Skubikowskiego na uwagę zasługuje wokal Ostrowskiej - donośny, przejmujący i zdradzający profesjonalne przygotowanie w zakresie interpretacji, co w połączeniu z rockowym brzmieniem daje efekt piorunujący.


Kolejny utwór to spora odmiana i ukłon w stronę nowoczesności. Po raz jedyny wysunięty na pierwszy plan zostaje miks futurystycznych gwizdów syntezatora i elektronicznego basu nadający taneczny, ale złowieszczy charakter Diamentowej kuli, piosence Stróżniaka do wydumanego tekstu Marka Dutkiewicza. Połączenie elektroniki z rockiem skutkuje naprawdę świetnym brzmieniem, choć mało wyrazisty jest tu wokalista.

Elektronika już niestety na płycie nie powraca - a szkoda. Następuje za to zwrot w stronę rocka w postaci irytującego Starego bólu, który swoją w swojej gonitwie ani nie pozwala słuchaczowi utworu zinterpretować, ani niespecjalnie daje zabłysnąć Ostrowskiej. Tym razem w rywalizacji lepiej wypada Wanda - w O jeden dreszcz świetnie wyraża ona wokalnie pożądanie, wtórując przyjemnym solówkom gitarowym. Szkoda tylko, że tym razem całość psuje miejscami mało przekonujący aranż. Z kolejnych utworów na wyróżnienie zasługuje jedynie utwór ostatni - Gwiazdy rock and rolla. Piosenka zakrawa na kicz, ale broni się swoją przebojowością dzięki galopującemu basowi w zwrotce oraz nie najgorszemu refrenowi.


Wydawać by się mogło, że album oprócz wspomnianych przebojów w postaci piosenki tytułowej, Drogiej Pani z TV i Tańca pingwina wydaje się z dzisiejszej perspektywy wybitny. Ale w owych czasach bardzo odróżniał się od reszty sceny muzycznej, w większości przypadków umiejętnie mieszając pop z rockiem i rzadką wtedy w polskim przemyśle muzycznym elektroniką. Mało tego, owej fuzji dokonała formacja początkująca, składająca się z członków może i kształconych w kierunku występowania na estradzie, jednak nadal razem "nieogranych". Na dodatek teksty części z piosenek nawiązywały do trudnej rzeczywistości początku dekady. Wielkim nieobecnym, któremu najlepiej udało się oddać tę przygnębiającą atmosferę był Przeżyj to sam. Utwór ten napisany przez Stróżniaka do słów Andrzeja Sobczaka był na tyle dobitny, że radiowa Trójka dostała ponoć zakaz jego emisji, a zespół - prawdopodobnie także jego publikacji. Melodyjny anthem trafnie odzwierciedlał przemyślenia osób niezadowolonych z problemów w kraju, lecz ukazywał się jedynie na płytach live, a jego wersja studyjna dodana została dopiero do kompaktowego wznowienia albumu z 1997 roku.

Przytoczone we wstępie słowa krytyki nie są adekwatne do tego, czym płyta była - zarówno artystycznie jak i pod względem tego, co znaczyła dla polskiej muzyki. Ale tego autor cytatu nie mógł wiedzieć, zresztą w pewnym stopniu mając rację co do czysto muzycznej warstwy materiału, jaki złożył się na album Śmierć Dyskotece! Niestety ma się na nim wrażenie chaosu wynikającego z mnogości wokalistów, stylów muzycznych oraz jakościowej nierówności piosenek. Nie można się oprzeć wrażeniu, że kilka z nich było zbędnych, a te lepsze wydają się nadal swego rodzaju kreacją stylu rockowego, a nie autentyczną jego realizacją. Przypomina to początkową działalność Blondie, która dekadę wcześniej powstała dla zabawy i dopiero po paru latach z żartu przemieniła się, głównie dzięki swojej ciężkiej pracy, w jeden z barwniejszych zespołów w historii muzyki pop.

Bez względu na te wady, Śmierć Dyskotece! to wierny obraz następujących w owych czasach przemian w polskiej muzyce rozrywkowej, kiedy pomimo niesprzyjających dla artystów warunków, znalazło się miejsce na realizację przedsięwzięcia muzycznego, które nie odbywało się pod auspicjami wszechobecnej władzy komunistycznej. Zapewne właśnie to przeoczenie z jej strony, utwory takie jak Przeżyj to sam, pozwoliło przemienić artystom muzykę PRL-u z tuby propagandy w coraz donośniejszy głos otwartej krytyki.


Obecnie pierwszy album Lombardu, podobnie zresztą jak i pozostałe, jest praktycznie niedostępny - zarówno wydania winylowe w przyzwoitej stanie jak i remastery CD są rzadkością. Dla tych, którzy chcą posłuchać płyty w całości i w oryginale pozostaje jedynie YouTube albo odrobina szczęścia w eksploracji bezkresu Internetu. Smutnym jest fakt, że legendarną płytę sprzed 30 lat było w gruncie rzeczy dużo łatwiej kupić w czasach najgłębszej komuny niż w wolnej, nowoczesnej Polsce.

Lombard - Śmierć Dyskotece! okładka albumu

Rezerwat - Rezerwat (LP)

Rezerwat okładka albumu

Łódzki zespół Rezerwat to jeden z garstki wykonawców nowej fali w Polsce. Powstał w roku 1982 i szybko osiągnął niemały ogólnokrajowy sukces. Dziś zasługuje na miano jednego z głównych przedstawicieli gatunku w naszym kraju. Jednocześnie niestety mało kto go pamięta - polski show-biznes cierpi bowiem na syndrom niewyobrażalnych zaników pamięci, a ta jest poza tym wysoce wybiórcza. Ludzie kojarzą pojedyncze piosenki z PRL, najczęściej utożsamiane z propagandową prosperity, i niewiele poza nimi. Nawet jeśli wydaje nam się, że kojarzymy jakiegoś artystę bardzo dobrze, to jest to pamięć pozorna - brak jest tradycji zainteresowania całą twórczością danego artysty, brak kultu, brak wsparcia. W rezultacie taki na przykład Lombard to teoretyczna legenda polskiej estrady, ale poza Szklaną pogodą i Przeżyj to sam, mało kto może przyznać, że zna dobrze choć tę część ich twórczości, która powstała za ich lepszych czasów. Rezerwat pozostaje właśnie takim niedocenionym klasykiem i w przeciwieństwie niektórych podobnych wykonawców wyróżnia się tym, że jego muzyka, pomimo zupełnie innej rzeczywistości, nadal jest interesująca.

Debiutancka płyta zespołu zatytułowana po prostu Rezerwat powstała stosunkowo szybko - grupa, która de facto zaczęła działalność pod koniec roku 1982, kilka miesięcy później miała już gotowy materiał. Ten wydany został w 1984 roku nakładem prężnie działającej wtedy, chciałoby się nawet powiedzieć "niezależnej", wytwórni fonograficznej Savitor. Należy domniemywać, że to, iż była ona jedną z trzech polonijnych, a więc finansowanych z zagranicy polskich wytwórni, szło w korelacji z tym jaki obóz polityczny, przedstawiali wydawani przez nich artyści.

Stylistycznie album stanowi przykład luźnych inspiracji brytyjskim postpunkiem (np. Bauhaus czy Killing Joke). Rezerwat to zarówno dynamiczny, niemal dyskotekowy bas z przeszkadzającą mu rytmiczną gitara połączoną z niespokojnym podkładem syntezatorem, jak w otwierającym płytę Obserwatorze, jak i zdecydowanie bardziej rytmiczne rockowe brzmienia z silną perkusją, jak w rozbudowanych, często zmieniających nastroje Histerii oraz To tylko mój pogrzeb. W podobnym tonie pobrzmiewa lekki, reggae'owy Cieć oraz Trędowata marionetka (ze skądinąd bardzo deprymującym politycznym tekstem). Jedną z mocniejszych pozycji na krążku jest zamykająca go Modlitwa o więź, której mocne przesłanie nie wymaga chyba komentarza.

Krążek spotkał się z bardzo pozytywnym odzewem. Pomimo tego, że jedynym faktycznie wydanym singlem był Modlitwa o więź / Nowy świetny plan, trzy kolejne piosenki, Histeria, Obserwator i Trędowata marionetka dobiły do odpowiednio 7., 10. i 11. miejsca na Liście Przebojów Trójki. Sam longplay miał się rzekomo sprzedać w milionie egzemplarzy, przynajmniej cytując samego lidera Andrzeja Adamiak.


Album tematycznie przystaje do powszechnie znanego buntowniczego przesłania muzyki punkowej i postpunkowej, która pod koniec lat 70-tych i na początku 80-tych miała ostro komentować szybko zmieniającą się rzeczywistość kryzysu ekonomicznego (szczególnie u grup z Wielkiej Brytanii). Ciekawe jest to, że wyraźne inspiracje zachodnią kulturą miały po raz kolejny dać o sobie znać tym razem za sprawą tego gatunku muzycznego, którego może nie skrajnie rewolucyjny jak w klasycznym punku, ale nadal krytykancki i niespokojny charakter tak idealnie wpasował się w polską rzeczywistość. PRL-owskie naśladownictwo mody z zachodu pomimo niewielkich opóźnień zawsze jakoś ją nadganiało (na tyle na ile możliwe było oczywiście zaadaptowanie trendów z zupełnie odmiennego wtedy kręgu kulturowego). Inaczej było z nową falą, która właśnie dopiero po szoku, jaki wywołał stan wojenny miała pole do rozwoju.

Zarówno album Rezerwat jak i w ogóle działalność zespołu to dokument uwieczniający zamęt, jaki w głowach mieli wtedy przedstawiciele młodego muzycznego pokolenia. Tym samym nie ma się co dziwić, że działalność zespołu pozostaje dziś znana nielicznym - wobec sytuacji społecznej w kraju artyści ci pomimo względnej popularności nie mogli liczyć na wsparcie ze strony zależnych od władzy mediów: nie wydawali ich ani Polska Muza ani Polskie Nagrania, a ich występy w telewizji należały raczej do rzadkości w porównaniu z promowaną przez nią, mentalnie zatrzymaną w gierkowskim raju biesiadą. Nagrania zespołu pamiętają tylko pokolenia wtedy młodzieży bądź koneserzy, ale już nie przeciętny Kowalski. Mimo to, stwierdzić trzeba, że to, że zespoły pokroju Republiki, Brygady Kryzys, Klaus Mittfoch czy AYA RL w ogóle mogły działać to zasługa naszej silnej, w porównaniu z wieloma krajami, wolności słowa.

Prawa autorskie

Tekst: Wojciech Szczerek

Licencja Creative Commons

BornInThe80s
by Wojciech Szczerek is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

Licencja obejmuje wszystkie artykuły oraz tłumaczenia tekstów piosenek z wyjątkiem oryginalnych tekstów piosenek.

Wszystkie zdjęcia okładek oraz teksty piosenek są dziełem oryginalnych twórców i podlegają prawu autorskiemu.