Born in the 80s

Blog o muzyce lat osiemdziesiątych... i nie tylko!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lata osiemdziesiąte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lata osiemdziesiąte. Pokaż wszystkie posty

Alison Moyet - All Cried Out


Alison Moyet to wokalistka w Polsce w zasadzie nieznana. A raczej nieznana z nazwiska, bo już jej charakterystyczny głos, który stanowił najważniejszą część stylu duetu Yazoo, Polacy mają okazję kojarzyć z hitu Don't Go, singli Only You (link do omówienia) i Situation, oraz popularnej (nie wiedzieć czemu) w kraju nad Wisłą piosenki studyjnej Happy People.

Ale w rodzimej Anglii Alison Moyet to marka, za którą kryje się dziewięć udanych albumów studyjnych wydanych na przestrzeni 30 lat i garść wysoko notowanych singli. I choć Alison daleko jest do statusu i osobowości supergwiazdy, to przez całą karierę zjednała sobie rzesze fanów uwielbiających ją za nieprzeciętne umiejętności wokalne połączone z ekspresją, niebanalnymi kompozycjami i wrodzoną skromnością.


Jej debiutancki album Alf otwierała i promowała w pierwszej kolejności piosenka Love Resurrection, ale dopiero kolejny singiel z płyty przyniósł artystce rozgłos w kraju i po części również zagranicą. All Cried Out to, podobnie jak większość materiału z albumu, dramatyczny love song. Podmiot liryczny utworu rozprawia się ze swoim byłym, który po raz kolejny próbuje się do niej przymilić. To właśnie przykuwający uwagę tekst, który jest nierozerwalną częścią tej piosenki, decyduje o tym, że jest ona tak interesująca.

You took your time to come back this time
The grass has grown under your feet
In your absence I changed my mind
And someone else is sitting in your seat
I know that I said that there'd be no one else
I know that I said I'd be true
But baby, I burned Cupid's arrow
And here's the short and narrow
I've nothing left to offer you
I'm all cried out
You took a whole lot of loving for
A handful of nothing
All cried out
It's hard to give you something when
You're pushing and shoving me around
Nie spieszyłeś się z powrotem tym razem,
Aż Ci trawa obrosła stopy.
Pod twoją nieobecność zmieniłam zdanie
I ktoś inny zajmuje twoje miejsce.
Wiem, że mówiłam, że nie będzie nikogo innego,
Wiem, że mówiłam, że będę wierna,
Ale spaliłam strzałę kupidyna
I oto wersja skrócona:
Nie mam ci nic do zaoferowania.
Jestem cała wypłakana.
Dostałeś mnóstwo miłości w zamian
za garść niczego.
Wszystko wykrzyczane.
Trudno ci cokolwiek dać,
Gdy przykładasz mnie z miejsce na miejsce.


Dosadność słów piosenki potęguje bezbłędnie poprowadzona linia melodyczna wykonana z ogromną ekspresją, co czyni ją chyba jednym z najbardziej autentycznych break-up songów w historii popu. Zwieńczeniem utworu jest perfekcyjnie skonstruowana ósemka, w której wokalistka ostatecznie każe swojemu absztyfikantowi odejść (2:22 - 2:40). Zarówno w warstwie tekstowej jak i pod względem ekspresji wokalnej trudno o skuteczniej skonstruowany komunikat.


All Cried Out to piosenka ważna, jeśli nie najważniejsza w karierze Alison, bo pokazuje jej umiejętności w pełnej krasie. Tak jak jej pierwszy singiel z duetem Yazoo (Only You) stanowił potwierdzenie dla kompozytora utworu, Vince'a Clarka, że po jego krótkiej karierze w Depeche Mode znajdzie się dla niego miejsce w muzyce pop, tak dla Alison All Cried Out, to dowód na to, że po rozpadzie Yazoo wokalistka ma szansę na zaistnienie solo. Jej udana kariera trwa do dziś.

2 plus 1 - Video


Dwa plus jeden - Video okładka albumu
Skutkiem ogłoszenia w Polsce stanu wojennego zespół 2 plus 1 zdecydował się wstrzymać swoją międzynarodową karierę. Po latach działań skupiających się wokół promocji w RFN oraz wyjazdach zagranicznych szanse na rozwój grupy w tym kierunku ewidentnie legły w gruzach. Zarazem powrót na polski rynek wymagał od nich sporego wysiłku, ale okazał się całkiem udany. Grupie nie przeszkodził ani spadek zainteresowania stylistyką folk, z którą dawniej była identyfikowana, ani fakt, że kilkuletnie zanurzenie w Zachodnim disco, do którego Polacy nie mieli dostępu, oznaczało swego rodzaju zaniedbanie polskiej publiczności. Płytą Bez Limitu z 1983 roku wstrzelili się w najnowsze trendy muzyczne, a pozycja stała się bestsellerem (nakład płyty 150 tys. egzemplarzy).
Zachęcony dobrymi wynikami zespół niemal od razu rozpoczął pracę nad nowym materiałem. Jeszcze na fali sukcesu Bez Limitu w 1984 roku 2 plus 1 dał wielki koncert w Sali Kongresowej retransmitowany przez telewizję, który był punktem szczytowym w jego karierze oraz wydał osobny singiel Wielki mały człowiek, który zapowiadał nową płytę.


Swój dziewiąty LP zatytułowany Video 2 plus 1 wydał dopiero rok później. Krążek jest stylistyczną kontynuacją poprzednika, a niektóre piosenki łatwością można by zestawić z tymi z Bez limitu i nie umieć poprawnie przypisać ich do longplayów, z których pochodzą. Mimo to aranżacje kawałków na Video (jak zwykle napisanych w większości przez Janusza Kruka) uderzają dużo bardziej posuniętą ekscentrycznością. Będąca wtedy globalnym trendem obfita elektronika okazuje się w wydaniu 2 plus 1 dość osobliwa. Z jednej strony grupa zdaje się w pełni oddawać nowej modzie, z drugiej słuchaczowi zdarza się raz po raz usłyszeć znaki rozpoznawcze zespołu, jakie wypełniały ich pozycje z lat siedemdziesiątych: ekspresyjny głos Elżbiety Dmoch i charakterystyczne chórki. Wszystko to w rozwiązane bardzo nowatorsko.


Wspomniany już Wielki mały człowiek miejscami przypomina jeden z najmocniejszych akcentów poprzedniego albumu – singiel Superszczur. Łudząco podobna wydaje się tu początkowo surowa aranżacja, która świetnie pasuje do kolejnego pesymistycznego tekstu omawiającego sytuację współczesnego człowieka. Równie dołująco brzmi tekst piosenki Samo życie (Chmury umysłu), którą autorzy umiejętnie rozwinęli poprzez stopniowe rozbicie na rytm trójkowy powolnego pulsu, co podkreśla syntezator w refrenie (z efektowną sekwencją funkcji w drugiej części), oraz pseudobluesowy wstęp do drugiej zwrotki (bas i wykrzyczany wokal Elżbiety). Siłę tego prostego w gruncie rzeczy prostego utworu potęgują długie fragmenty wolne od wokalu a więc i tekstowej treści.
Efektownych momentów instrumentalnych jeszcze więcej jest w Chińskich latawcach, jednym z najbardziej znanych przebojów z płyty. Piosenka (napisana, tak jak poprzednia, wspólnie z Maciejem Zembatym i Johnem Porterem) to intymna impresja w trzech odsłonach: polskiej śpiewanej przez Elżbietę, angielskiej – przez Johna i instrumentalnej. Wspólnie dają one bardzo klimatyczny rezultat.



Płyta Video ma posiada także momenty słabsze. Za jeden z takich należy uznać nieprzekonujący utwór Naga plaża (debiut kompozytorski Elżbiety Dmoch), aranżacji którego, szczególnie w refrenie oraz przerywnikach instrumentalnych, zwyczajnie szkoda na tekstowy banał Andrzeja Mogielnickiego. Podobnie jest z utworami Ma-czung-ga-loo oraz Dawno dawno temu, mimo że ten ostatni zdecydowanie odbiega od reszty płyty. Poprzeplatane z innymi, zdecydowanie bardziej godnymi uwagi, utwory te może zbytnio nie przeszkadzają, choć ich obecność wydaje się po prostu zbędna.
Balet rąk zaskakuje enigmatycznym tekstem i ciekawą aranżacją: funkowy bas i tremola na marimbie towarzyszące wokali Eli przechodzą w płynne syntezatory, do których śpiewa jeden z panów. Z kolei utwór tytułowy, który rozpoczyna stronę B albumu to majstersztyk połączenia instrumentów konwencjonalnych z nowoczesnym programowanym aranżem syntezatorów oraz bardzo charakterystycznymi wokalami zespołu.



Podobnie jak Bez limitu, Video to album wykraczający poza konwencję muzyki spod znaku 2 plus 1 oraz w ogóle jakiegokolwiek popu, nie mówiąc o szczególnie popularnym wtedy synth-popie. Grupa mająca na swoim koncie zarówno dobre płyty konceptualne jak i nagrywane na RFN-owski rynek tandetne disco jeszcze raz zaskakuje i próbuje połączyć przystępność swoich niedawnych dokonań z ciekawymi metodami produkcji. Rezultat wydaje się ciekawy, a część utworów zaliczyć można do najlepszych dokonań zespołu w dekadzie lat osiemdziesiątych.

Płytę niezwykle trudno ocenić dziś pod względem sukcesu. Sam album został wydany w jednej z polonijnych wytwórni Savitor (mających jedynie ograniczone możliwości działania) w nakładzie zaledwie 50 tys. egzemplarzy, co w oczywisty sposób nie umywa się do zamówionych przez Tonpress 245 tys. krążków Bez limitu dwa lata wcześniej. Choć w gospodarkach rynkowych liczba sprzedaży świadczy zwykle o sukcesie wydawnictwa, w trudnych do wyjaśnienia warunkach PRL-owskiego rynku muzycznego nie można jednoznacznie interpretować niskich wyników jako brak sukcesu. Niemniej jednak płyta jest jedną z najmniej znanych w dyskografii zespołu – przede wszystkim z uwagi na brak późniejszego wydania CD ani jakiegokolwiek innego poza wersją winylową z 1985 roku. Świadczy o tym choćby fakt, że w ówczesnej prasie muzycznej w zasadzie nie ma o niej słowa. Paradoksalnie aż pięć piosenek z płyty znalazło się na liście przebojów Programu Trzeciego, a dwie - Wielki mały człowiek oraz towarzyszący mu na singlu Cudzy ogień nie grzeje - także na liście Programu Pierwszego PR. Warto dodać, że ta ostatnia piosenka ostatecznie nie znalazła się na płycie.


Drugie życie dał płycie dopiero portal YouTube, na którym znajdziemy jego zgraną, niestety słabą jakościowo, wersję. Pomimo tego jest warta uwagi, szczególnie dzięki swojej unikalności, o którą trudno wśród polskich nagrań tamtego okresu.

Peter Gabriel - Sledgehammer

Peter Gabriel znany jest w świecie w co najmniej dwóch muzycznych odsłonach. Po pierwsze, najbardziej oczywiste, jest założycielem i pierwszym wokalistą legendarnej grupy Genesis. Po drugie, po odejściu z grupy zbudował swoją reputację jako uznany artysta solowy. I choć jego twórczość muzyczna zawsze była dość wymagająca, to niejednokrotnie ocierała się o mainstream. Najlepszym tego przykładem jest jego chyba najbardziej znana piosenka - pochodzący z albumu Up z 1986 roku Sledgehammer.



Piosenka to chyba jeden najlepszych utworów opowiadających o seksie, jakie napisano w latach osiemdziesiątych albo i w ogóle. O jej sukcesie stanowi nie tylko warstwa muzyczna, ale przede wszystkim interesująco napisany tekst, który w śmiały acz nie tak znowu łatwy do odczytania sposób namawia jego adresatkę do, parafrazując właśnie słowa piosenki, "młócenia":

you could have a steam train
if you'd just lay down your tracks
you could have an aeroplane flying
if you bring your blue sky back

all you do is call me
I'll be anything you need

you could have a big dipper
going up and down, all around the bends
you could have a bumper car, bumping
this amusement never ends

I want to be your sledgehammer
why don't you call my name 


A w (bardzo) luźnym tłumaczeniu na język polski:

mogłabyś mieć pociąg na parę
gdybyś tylko rozłożyła tory
mogłabyś mieć latający samolot
jeśli oddasz swoje błękitne niebo

tylko mnie wezwij
będę czymkolwiek chcesz

możesz mieć Wielki Wóz
jadący w górę, w dół i w każdą stronę
możesz mieć zderzający się samochodzik,
ta rozrywka nie ma końca

Chcę być Twoim młotem
tylko powiedz moje imię

Utwór można oczywiście zinterpretować szerzej, bardziej uniwersalnie, ale wypełniony aluzjami seksualnym tekst piosenki, zdaje się skupiać właśnie na tym temacie. W równie ciekawy, wcale nie oczywisty sposób, pokazuje to teledysk. Ten zasługuje w zasadzie na oddzielny artykuł, bo jest jednym z najbardziej charakterystycznych obrazów z lat osiemdziesiątych, nagrodzony zresztą aż siedmioma nagrodami MTV.



Wykonany w większości przy użyciu metody animacji poklatkowej klip to zwariowana parafabularna wizja zawierająca elementy zarówno bezpośrednio związane z piosenką (np. wykonanie części animacji z owoców na początku drugiej zwrotki - "show me around your fruitcage"), jak i zupełnie od niej oderwane, często ocierające się o surrealizm - np. sławetne obdarte z piór bezgłowe kurczaki, które po wykluciu się z jajka powstałego na skutek (sic!) uderzenia młotem, zaczynają tańczyć do utworu niczym tancerki kabaretowe.

Oprócz tych wszystkich "sztuczek", które czynią utwór interesującym, jest oczywiście sama muzyka, która broni się wyśmienicie - utwór napisany jako inspiracja kawałkami soulowymi z lat sześćdziesiątych jest zaaranżowany tak, że pomimo dość banalnej budowy, słucha się go świetnie, a jeszcze lepiej tańczy. W tym ostatnim pomagają zdecydowany rytm nadawany przez bas, sekcja dęta oraz pojawiające się raz po raz żeńskie chórki. Ciekawostką jest też motyw zagrany na elektronicznym shakuhachi, czyli japońskim instrumencie dętym, który rozpoczyna utwór a potem wraca w jego końcowej instrumentalnej fazie. To właśnie dzięki niemu pierwsze sekundy wstępu piosenki do dziś pozwalają łatwo rozpoznać jeden z najbardziej intrygujących utworów lat osiemdziesiątych.

Duran Duran - Is There Something I Should Know?

Is There Something I Should Know? to jeden z ciekawszych utworów new romantic oraz prawdopodobnie najważniejszy utwór w karierze zespołu Duran Duran. Singiel nagrywany był w kluczowym momencie ich rozwoju, gdy ich drugi album pt. Rio bił rekordy popularności w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, a grupa, dzięki barwnym, nowoczesnym jak na owe czasy teledyskom stawała się chcąc-nie chcąc ikoną kultury new romantic.

Duran Duran Is There Something I Should Know okładka singla

Utwór nagrywany był w grudniu 1982 roku po zakończeniu światowej trasy Rio promującej album pod tym samym tytułem. Był zatem skazany na samodzielne wydanie singlowe, co w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych było zresztą powszechną praktyką wśród wielu artystów.
Piosenka utrzymana jest w dość charakterystycznym "skocznym", jednak niebanalnym wydaniu stylu synth-pop. Wszystko w utworze zdaje się kanciaste - od eksperymentów z formą (rozpoczęcie utworu od chórków z refrenu wykonujących z bitelsowską gracją pierwsze słowa refrenu "Please, please tell me now"), przedłużona zwrotka z bridgem przechodzącym w zaskakująco krótki refren, poprzez ciekawe rozwiązania kompozycyjne (wstęp instrumentalny z syntezatorem dublującym gitarę w kwincie, czy ta sama gitara kakofonicznie akompaniująca Simonowi w refrenie) i aranżacyjne (harmonijka ustna w ósemce utworu).

Duran Duran Is There Something I Should Know okładka singla

Nagrany zaledwie kilka miesięcy po Rio utwór różni się o poprzedników pod każdym względem i przypomina bardziej dokonania grupy na kolejnej płycie Seven and the Ragged Tiger, pełnej udziwnień, oryginalnych zabiegów brzmieniowych, których naprawdę trudno dziś słuchać bez zagryzania zębów. Jednak adekwatnie do rozmieszczenia w czasie, Is There Something I Should Know pozostaje zawieszony między nieskazitelnym Rio a przejrzałym Seven... - jest piosenką prezentującą najlepszą formę grupy, do której nie udało jej się już nigdy potem powrócić.


Wydany na 7 i 12-calowych singlach utwór doczekał się wideoklipu spójnego z oprawą graficzną krążka, w którym ubrani w niebieskie koszule z zatkniętymi między guziki krawatami dokonują szeregu pretensjonalnych lip-synków do kamery, obnażając przy tym kiczowatą stronę noworomantycznej mody. Ciekawym motywem jest również pojawiająca się raz po raz czerwona piłka, która doczekała się nawet reinkarnacji w postaci jednego z odcinków kreskówki dla dorosłych pt. The Venture Brothers.
Nie było zaskoczeniem, że utwór utrzymany w stylu, który stanowił najnowszy krzyk mody odniósł sukces i doskoczył do TOP5 w co najmniej 7 krajach. W rodzimej UK, piosenka była ich pierwszym, a jednocześnie jednym z dwóch numerów 1 najlepiej sprzedających się singli. Z kolei wśród fanów stylu dekady utwór pozostaje jednym z rarytasów.

Madonna - Lucky Star

Madonna - Lucky Star okładka singla

W połowie lat osiemdziesiątych Madonna stała się gwiazdą, a w następnych dekadach okrzyknięta została królową popu. Ale zanim świat usłyszał o amerykańskiej piosenkarce wykonującej kawałki o dziewictwie i jednocześnie ganiającej w skąpych ciuchach po estradzie, debiutowała ona w 1982 roku w dość grzecznym, jak na swoje standardy, wydaniu.

Jej pierwszy album zatytułowany po prostu Madonna był rezultatem podpisania kontraktu płytowego z wytwórnią Sire. Jak to bywa w przypadku początkujących wykonawców, muzyczny efekt końcowy nie brzmiał jednak wcale tak, jak artystka sobie tego życzyła. Producent płyty, Reggie Lucas stawiał na brzmienia instrumentów, mniej zaś na, ograniczone wtedy, umiejętności wokalne Madonny. W wyniku nieporozumień odstąpił on od projektu, do którego dokończenia zaangażowano inne osoby. Ostatecznie poprawieniem niemal gotowej płyty, polegającym na "ociepleniu" klimatu zajął się niejaki John Benitez, jednocześnie chłopak piosenkarki. Rezultat tej mieszanki świetnie odzwierciedla największy przebój z albumu zatytułowany Lucky Star.


Utwór utrzymany jest w stylu tanecznego synth-popu z dodatkiem funku. Efekt elastyczności typowej dla inspirowanej "czarną muzyką" piosenki jest osiągnięty przez kontrastowe zestawienie instrumentów. Z jednej strony słyszymy kanciaste arpeggio syntezatora, skaczący, płaski elektroniczny bas, zsamplowane klaskanie we wstępie oraz cykliczne "spięcia" (np. 0:15) przypominające efekty dźwiękowe z gier na flipperach, będące zasługą pierwszego producenta, z drugiej - funkowa gitara rytmiczna Beniteza, która kompozycji dodaje animuszu.

Śmiała, jak na ówczesne standardy, piosenka nie tylko rozpoczęła debiutancką płytę Madonny, ale w istocie otworzyła jej drogę do kariery. Choć była dopiero czwartym singlem w kolejności, to stała się pierwszym komercyjnym hitem początkującej piosenkarki w jej własnym kraju (4. miejsce na Billboardzie) po tym jak poprzedzający ją Holiday spodobał się w zasadzie wszędzie oprócz USA.

Lucky Star okazała się "szczęśliwą gwiazdą" Madonny - pomimo obaw i niezadowolenia z efektu sesji nagraniowych, które nie odzwierciedlały aspiracji wokalistki, zarówno singiel jak i album (który według jej własnych planów także zresztą miał nosić imię szczęśliwej piosenki) okazały się niespodziewanym sukcesem.

 

Nik Kershaw - The Riddle (singiel)

Nik Kershaw - The Riddle okładka singla


Nik Kershaw to wokalista i kompozytor urodzony w angielskiej rodzinie muzyków. Pomimo faktu, iż nie poszedł w ślady rodziców i nie podjął kariery jako muzyk klasyczny, od początku przejawiał zdolności artystyczne. Jako nastolatek nauczył się gry na gitarze, którą doskonalił potem w kilku kapelach. Jednak został zauważony dopiero jako solista w 1983 roku, a jego single zaczęły robić furorę zarówno w kraju jak i zagranicą. Jedną z jego najbardziej znanych piosenek jest The Riddle, singiel z 1984 roku pilotujący album pod tym samym tytułem.
Piosenka brzmi dziś nieco kiczowato ze względu na instrumentację wstępu opartą na dudo-podobnym syntezatorze. Jednak pomimo tego, aranżacja to pełna dynamizmu stylizacja na reggae w wydaniu nowofalowym, na co wskazuje "bujany" rytm oraz miękki,  ”czarno" brzmiący głos Nika.
Progresja piosenki to typowe mini pop-dzieło Kershawa, który jak zwykle potrafi zaskoczyć pomysłową zmianą tonacji miedzy częściami utworu (tutaj w przejściu do bridge'a 2:14). Jednak z całego The Riddle (pol. zagadka) najbardziej zapada w pamięć jego tekst, którego rozwikłania podejmowało się już wielu. Nie jest on bynajmniej typową treścią wypełniającą popowy kawałek:

Obok drzewa, koło rzeki
Jest sobie dziura w ziemi,
Gdzie stary człowiek z Aran
Chodzi w kółko,
A jego umysł to latarnia
Świecąca spod welonu nocy.
Dla dziwnego sposobu rzeczy
Istnieje dobro i zło,
ale nigdy, nie będzie o nikogo walczył.

Dość powiedzieć, że reszta tekstu jest równie enigmatyczna, a wideoklip do piosenki zawiera odniesienia do wydarzeń i postaci obecnych w powieści Przygody Alicji w Krainie Czarów (1865) Lewisa Carrolla (dziele tyleż baśniowym, co inspirowanym narkotycznymi wizjami autora) a także do Człowieka Zagadki, postacią z serii komiksów o Batmanie.


Pomimo czynnego twórczego udziału w, jak to sam określił, wideo będącym "hołdem złożonym  post-impresjonizmowi i ekspresjonizmowi", Nik wielokrotnie zapewniał, że słowa piosenki to nic innego tylko wymyślona naprędce zbitka zdań, które pod względem rytmu oraz rymu pasowały do skomponowanej przez niego melodii. Innymi słowy: stek bzdur, które przetrwały z fazy demo utworu do jego ostatecznej wersji, a potem doczekały się dopisanej do nich (przez tego samego autora) ideologii w teledysku.

Co ciekawe, niektórzy fani pozostawali nieugięci i raz po raz chwalili się swoimi coraz bardziej zawiłymi i, cytując słowa samego muzyka, "niepokojąco logicznymi" rozwiązaniami tytułowej zagadki.
Dla Nika Kershawa singiel okazał się trzecim z rzędu przebojem, który zapisał jego nazwisko w historii synth-popu, jako jednego z bardziej kreatywnych autorów piosenek. Piosenka doczekała się nawet pretensjonalnego remiksu w wydaniu dance, popełnionego przez znanego włoskiego didżeja Gigi D'Agostino.

Frida - Shine (LP)

Frida - Shine okładka albumu

Something's Going On z 1982 roku był sporym sukcesem - pierwszy anglojęzyczny LP Fridy zrealizowany przy udziale Phila Collinsa okazał się jedną z najlepiej sprzedających się płyt spośród wszystkich projektów solowych byłych członków zespołu ABBA. Nic więc dziwnego, że artystka zachęcona ciepłym przyjęciem krążka postanowiła kontynuować obraną ścieżkę. Po niedawnym rozwodzie z Bennym i związanym z tym "koszmarem ABBy" poszła za ciosem i powzięła trudną decyzję przeprowadzki do Londynu. Ale oprócz zmiany miejsca zamieszkania, zmieniła się też dla niej koncepcja artystyczna.
Nowy longplay początkowo miał być wyprodukowany także przez Collinsa, ale plan spalił na panewce. Ostatecznie do współpracy zaproszono Steve'a Lillywhite'a, już wtedy uznanego producenta m.in. płyt Petera Gabriela, a który w projekt tchnął sporo nowości. Co więcej, sesje, na które znów Frida wybrała piosenki spośród wielu propozycji, odbyły się we Francji, w zupełnie innym otoczeniu niż to, do którego przywykła.
Album Shine tylko z pozoru kontynuuje muzyczną drogę Fridy, jaką wyznaczył inspirowany Pet Benatar pop-rock z SGO. Stylistyka albumu przerosła najśmielsze oczekiwania krytyków oraz fanów i spośród wszystkich dokonań członków ABBy jest bodaj najbardziej eksperymentalnym projektem. Wypełnia go synth-pop z sporą dozą rocka, a obecna w nim elektronika z każdą kolejną piosenką i tekstem maluje coraz bardziej abstrakcyjne pejzaże. Te niejednokrotnie przesiąknięte są tajemniczą symboliką, co zauważyć można chociażby w kolorach będących motywem przewodnim kostiumów Fridy z teledysków, okładek wydań singli oraz materiałów promocyjnych związanych z płytą.


Piosenka tytułowa to up-beatowa manifestacja wyzwolenia z tłamszącej wokalistkę rzeczywistości, jaka otaczała ją w rodzimej Szwecji. Uderza drapieżność i nieprzewidywalność, szczególnie w budowie utworu, która zakrawa na miano post-popowej - mocne beaty wstępu połączone z agresywnym basem zostają skontrowane delikatnym, powtarzanym przez Fridę "You give me love" (0:08) pochodzącym z chórków fade-outu refrenu, a więc z samego końca piosenki. Rytmiczny dialog przerywa pusty takt perkusji (0:17), po którym następuje zmiana tonacji (0:19), w której chórki z bridge'a zapowiadają dopiero pierwszy refren (0:32). Potem następuje nieco zbalansowana, ale nadal dość rytmiczna zwrotka, której kolejne wersy są przełamywane wtrąceniami perkusji, potem hook z wokalem (1:05) i refren (1:18). Druga zwrotka zawiera powtórzenie jednego z wersów (1:43), co znów wytrąca słuchacza z typowej popowej progresji, a hook zostaje pozbawiony wokalu. Po drugim refrenie następuje break z solówką gitarową, który jest w istocie zamiennikiem trzeciej zwrotki oraz chórkami budującymi napięcie do ostatnich refrenów. Na uwagę zasługuje aranżacja - jej głównym elementem są chórki oraz perkusja (automat oraz inne efekty akustyczne, prawdopodobnie sample), której rytm dopełniany jest przez bardzo rytmiczne połączenie gitary oraz synthów.

Frida - Shine okładka albumu

Podobnie sprawy mają się w One Little Lie. Rytm tej piosenki przypomina dynamiczne Hi-NRG, które jeszcze wtedy było mało popularne. Początkowo niemal "pusty" podkład piosenki z każdym taktem zdaje się płynnie narastać poprzez dodawanie kolejnych instrumentów i zwiększanie dynamiki, co doprowadza do monumentalnej kulminacji w refrenie. Nie brakuje też elementów zaskoczenia - zatrzymanie syntezatorów zapowiedziane "kosmicznym" glissandem (1:12), gitarowe przejście do bridge'a (2:00) oraz krystalicznie czysty, arpeggiowany syntezator w trzeciej zwrotce (2:26).

Frida - Heart of the Country okładka singla

Z kolei w The Face, wokal Fridy pozornie nie pasuje do podkładu szpiegowsko brzmiącej zwrotki, a jeszcze mniej do przejściówki do refrenu, gdzie tonacja zmienia się wręcz na losową (0:32), a wokal jest praktycznie nieczysty. Wszystko jednak niespodziewanie rozwiązuje się tak, by przeobrazić utwór w pełnowymiarową rock-balladę.
Wszystko to jednak stopniowe przygotowania do najdziwniejszego utworu z płyty - Twist In The Dark. Upodobnionego jest on rytmicznie do I Know There's Something Going On, choć w rzeczywistości posiada zupełnie odmienny temat i charakter. "Rytualny" motyw grany w kółko przez gitarę, okazjonalne syntezatory, oraz ekspresyjny wokal artystki potęgują poczucie zawieszenia w zupełnej ciemności. Dramatyczna kulminacja (2:35) następuje w bridge'u, w którym przejście perkusji uderza w słuchacza jak piorun w czasie koszmarnej burzy. Od tego momentu płyta stopniowo zwalnia i uspokaja się.


Niespodzianką dla fanów ABBy okazuje się ciekawa, choć pozostawiająca niedosyt piosenka Slowly, autorstwa duetu Benny i Björn, która w pewnym sensie stanowi pożegnanie z brzmieniem zespołu. Z kolei w Come to Me (I Am Woman), wokalistka po raz jedyny na płycie jest urzekająca, a sama piosenka - najbardziej konwencjonalna ze wszystkich, pomimo swojej rozbudowanej linii melodycznej. Nie gorszy okazuje się jedyny utwór napisany przez samą Fridę - Don't Do It, którego początkowy chłód przechodzi w jedną z lepszych lekkich popowych melodii, jakie kiedykolwiek zaśpiewała.
Aby pozostawić słuchacza w przeświadczeniu, że nowe wydanie Fridy to spory eksperyment, płytę kończy Comfort Me, którego zwrotka rozpoczyna się jak standard jazzowy, ale im dalej, tym coraz bardziej przeobrażony zostaje on aranżacyjnie w kołysankę z koszmaru. Niebanalną harmonię wykonują rozwibrowane, stopniowo narastające synthy, które wspólnie z rytmicznymi akordami oraz powolnymi, funeralnymi werblami kulminują w refrenie.
Płyta zawiera sporą dozę tajemniczości - oprócz niebanalnej aranżacji, obfitej w pogłosy oraz niestandardowe instrumenty (wibrafon), których melodyczna jaskrawość rozbudowuje rytmikę, wrażenie to potęgują teksty - te zdają się być dość intymne, a jednocześnie jakby wyśpiewane przez sen. Twist In The Dark stanowi wręcz sztandarowy przykład tekstu o niedopowiedzianym znaczeniu, wywołującego u słuchacza niepewność, a frazowanie melodii ściśle współgra z treścią tekstu. Podobnie jest w Comfort Me, którego płynny wokal zwrotki w dolnych rejestrach Fridy kontrastuje z wykrzyczanymi słowami refrenu.


Płyta Shine to dobra płyta pop, ale nie była ona wystarczająco przystępna jak na gusta fanów ABBy. Choć głos Fridy brzmiał znajomo, to treść utworów i ich charakter zupełnie odbiegały zarówno od lekkiej zazwyczaj twórczości grupy, jak i nawet od tych z poprzedniego albumu artystki. Wielokrotnie powtarzała ona potem, że krążek był świetnym eksperymentem, z którym można było jednak poczekać kilka lat.
Niestety po klapie albumu Frida nie dała sobie kolejnej szansy i zniechęcona średnimi wynikami płyty zamroziła swoją karierę solową na długie lata. Nie licząc incydentalnych występów okolicznościowych oraz skądinąd świetnego singla Så Länge Vi Har Varann nagranego z grupą Ratata, na powrót wokalistki, zresztą w wielkim stylu, fanom przyszło czekać aż 12 lat.

Nena - 99 Luftballons

Niemiecki pop lat osiemdziesiątych kojarzy się zazwyczaj z dwoma gatunkami: synth-popem a la euro-disco i euro-pop (Modern Talking albo Bad Boys Blue) oraz z niemiecką nową falą (Neue Deutsche Welle). Ten ostatni, wywodzący się z ruchów nowofalowych w Wielkiej Brytanii, zgromadził w RFN wielu zwolenników. Sporo zespołów tamtych czasów adaptowało swój styl muzyczny do panującej mody, a niemiecki pop-rock pełen był pomniejszych gwiazd, które wtedy zasłynęły choćby jednym hitem utrzymanym właśnie w gatunku NDW. Najbardziej znanym była grupa Nena oraz jej międzynarodowy przebój 99 Luftballons.

Nena - 99 Luftballons okładka singla

Utwór powstał na debiutancką płytę berlińskiego zespołu w roku 1982 i był jej singlem wiodącym. Jak się okazało potencjał piosenki szybko przerósł oczekiwania twórców. Pomimo tego, że zaśpiewany został w oryginale po niemiecku, a jego niemrawy wideoklip powstał w polu, niepozorny antywojenny protest song obiegł świat i stał się hitem w co najmniej kilkunastu krajach (w tym USA), w większości z nich docierając do miejsca pierwszego.

Nena - 99 Luftballons okładka singla

Angielska wersja piosenki, 99 Red Balloons pilotująca album w tym języku wydany w kilku krajach w roku 1984 była przewidywalną odpowiedzią na zaskakująco pozytywny odzew na singiel tej debiutującej grupy. Tłumaczenie, choć znienawidzone przez członków grupy, mniej więcej oddaje sens oryginału i także sprzedało się nieźle, ale do dziś pozostaje cieniem oryginału. Wobec faktu, iż ten został wykonany w języku niezrozumiałym dla większości ludzi, jego sukces zespół powinien zawdzięczać przede wszystkim chwytliwej melodii oraz ciekawym zmianom temp, na jakich oparty został utwór.


Wstęp to powolne odśpiewanie przez wokalistkę refrenu piosenki, które w ogóle nie zapowiada nadchodzącego stopniowego przyspieszenia. Syntezator odgrywa basowy podkład przez kilka taktów, ale brzmienie szybko uzupełniają gitary rytmiczne oraz zwykły bas. Całość przyspiesza dwukrotnie przy wtórze gitar elektrycznych i wokalu Neny, co przełamuje wrażenie, że słuchamy kawałka nowo romantycznego. Po refrenie utwór zwalnia z powrotem dwukrotnie, ale taka alteracja temp pozostaje obecna w utworze do końca. Piosenka zawdzięcza swój urok właśnie temu kontrastowemu zestawieniu powolnego wstępu i zwrotki opartych na syntezatorze oraz pseudo-punkowego refrenu, co w pewnym sensie oddaje kwintesencję gatunku NDW.

Gary Numan - White Boys and Heroes

Początkowe dokonania Gary'ego Numana kojarzą się głównie z surową elektroniką i względnie prostymi utworami, których najbardziej istotną częścią są teksty. Jednak po pierwszych trzech albumach muzyk zaczął zmieniać charakter swoich piosenek i urozmaicać ich styl o kolejne elementy. Wzorem debiutu eksperymenty te miały na celu wyznaczanie nowych kierunków muzycznych. Przez lata Numan próbował w zasadzie wszystkiego, ale tylko niektóre z jego pomysłów znalazły zainteresowanie. Jednym z bardziej odkrywczych była mieszanka funku, rocka i synth-popu, którą po raz pierwszy zawarł na albumie I, Assassin. Utworem wiodącym z płyty był utrzymany w tym właśnie klimacie singiel White Boys and Heroes. 
Jeśli chodzi o konceptualną stronę płyty oraz utworu, to jest ona jedna zdecydowanie lżejsza - zamiast odgrywać rolę niezrozumianego przez świat humanoida, Numan staje się tym razem czarnym charakterem rodem z filmów gangsterskich a la lata dwudzieste.


Rytm narzucony w początkowych sekundach piosenki oparty jest na dynamicznie wędrującym, funkowym basie oraz elektronicznej perkusji. Na tym pierwszym zagrał zresztą uznany basista Pino Palladino, który jako jeden z wielu instrumentalistów zaproszonych do nagrania płyty wniósł do projektu wiele nowych brzmień. Zaproponowana przez niego linia basu jest jednak jedynie kostiumem, pod którym kryje się jak zwykle mroczna natura twórczości Gary'ego Numana, zarysowana elektronicznymi pomrukami i jego typowym wokalem. Do tej już znacznie rozbudowanej konstrukcji Gary dodał jeszcze gitarę elektryczną i pomimo że występuje ona w wydaniu bardzo subtelnym, to samo jej użycie w synth-popie było do pewnego stopnia ekscentrycznością. W owych czasach uchodziło to bowiem za próbę pogodzenia dwóch przeciwstawnych sobie światów.

Gary Numan - White Boys and Heroes okładka singla

Wplatanie rocka w elektronikę było też prorocze dla kariery Numana, która podupadła właśnie zaraz po I, Assassin. Przez kolejną dekadę lawirował on wokół ogranych przez siebie rozwiązań muzycznych, desperacko usiłując powrócić na listy przebojów swoimi elektronicznymi kawałkami. Dopiero gdy ponad dekadę później odkrył Nine Inch Nails i rock industrialny, a więc właśnie połączenie elektroniki z rockiem, osiągnął on gatunkową satysfakcję. Zanim tak się jednak stało, White Boys and Heroes miało się okazać interesującym ale i niestety jego ostatnim udanym eksperymentem w muzyce elektronicznej. Późniejsze płyty Gary'ego Numana, wypełnione mrocznym, gotyckim miejscami rockiem to zupełnie inna historia.


Duran Duran - The Wild Boys


Duran Duran - The Wild Boys okładka singla

Duran Duran powstał jako grupa new romantic w 1979 roku w Birmingham. Po tym jak odkryły go wytwórnie, wydał udany album debiutancki, a potem bestsellerowy Rio, stanowiący przykład klasycznego nagrania synth-pop. Ich kolejny longplay, Seven and the Ragged Tiger sprzedawał się nieźle, ale stylistycznie był przesadą, na którą gotowi byli jedynie najwierniejsi fani. To spowodowało, że choć zespół nadal posiadał status globalnej supergwiazdy, ich popularność powoli malała, a grupie brakowało kolejnego hitu. Tu przyszedł z pomocą ich przyjaciel Nile Rodgers, który wyprodukował jedyny w swoim rodzaju singiel - The Wild Boys, dziś uznawany za ich najlepszy utwór.

The Wild Boys to w rzeczywistości namiastka pełnometrażowego filmu, jaki planował zrealizować reżyser Russell Mulcahy. Do nagrania piosenki tytułowej wybrano właśnie zaprzyjaźniony Duran Duran, dla którego Australijczyk zrealizował większość wideoklipów. Dzięki swoim pomysłowym teledyskom był on w dużej mierze odpowiedzialny za ich sukces w czasach, gdy podbijali świat za pośrednictwem MTV. Niestety projekt oparty na post-apokaliptycznej wizji Williama S. Borroughsa, w którym świat pozbawiony jest kobiet, a mężczyźni rozmnażają się przez sztuczne zapłodnienie nie znalazła zainteresowania. Mimo to uznano, że przygotowania w postaci prac koncepcyjnych nie muszą wcale pójść na marne i grupie Duran Duran powierzono nagranie jednej piosenki. Do niej to Russell miał wyreżyserować oparty na swoich pomysłach wideoklip.


Utwór powstał w wyniku intensywnych dyskusji i jam sessions pod wodzą Nile'a, przez co jak na Duran Duran jest stylistycznie unikatowy. Funkowo-synthpopowe brzmienia, które zespół wypracował przez lata pobrzmiewają w tle tego rockowo-popowego kawałka, który wyróżnia się nad wyraz rozbudowanym użyciem sampli, synthów i agresywnej elektronicznej perkusji. Jak określił to basista zespołu John Taylor w swojej autobiografii, dla Duranów singiel ten był "piosenką dużych chłopców". I faktycznie brzmią oni tutaj bardziej dojrzale niż kiedykolwiek.

Za ten efekt odpowiedzialny był także awangardowy teledysk nafaszerowany efektami specjalnymi, mnóstwem dziwnych gadżetów oraz mrocznymi postaciami. Był zresztą jedną z bardziej ekstrawaganckich produkcji, która śmiało konkurować mogła z Thrillerem Michaela Jacksona, także ukazując się w rozszerzonej, choć "tylko" 10-minutowej wersji.


Unikalny charakter singla The Wild Boys nie był przypadkowy jeszcze z jednego powodu. Utwór miał promować dwa wydawnictwa - album live pt. Arena oraz konceptualne koncertowe nagranie wideo zespołu zatytułowane Arena (An Absurd Notion). Wszystkie łącznie z singlem okazały się, dość przewidywalnie, ogromnym sukcesem - album live sprzedał się tak naprawdę lepiej niż którykolwiek album studyjny, a singiel był ich 12-tym międzynarodowym hitem.

Choć dziś Duran Duran kojarzy się raczej z lekkim popem lat osiemdziesiątych, to jest to tylko powierzchowna interpretacja ich twórczości. W swoim czasie byli pionierami nowoczesnej muzyki, często uciekającymi się do nietypowych form promocji (szczególnie do realizowanych na ogromną skalę klipów, które zaliczały się wtedy do nowości). Nie bez powodu więc przez pierwszą połowę dekady byli chyba najpopularniejszym zespołem pop na świecie, a symbolem tego jest właśnie The Wild Boys.

Donna Summer - She Works Hard for the Money

Donna Summer - She Works Hard for the Money okładka singla


Donna Summer to jedna z tych wokalistek, którym zaśpiewanie kilku nut ładną barwą, bezbłędną intonacją i z odpowiednim feelingiem przychodziło bez żadnego wysiłku. Jej piosenki były łatwe w odbiorze, niemal zakrawające o tandetę, ale zawsze w dobrym guście. Dzięki takim hitom jak Hot Stuff, I Feel Love, Bad Girls czy On The Radio stała się symbolem tanecznej muzyki lat siedemdziesiątych, do czego w niemałej części przyczyniła się spółka producencka Giorgio Moroder/Pete Bellotte.


Schyłek ery disco był okresem decydującym w jej życiu i twórczości - nawróciła się na chrześcijaństwo, urodziła drugie dziecko oraz zmieniła wytwórnię na Geffen Records. Ta, jak się miało okazać, zaczęła mocno ingerować w jej karierę, do tego stopnia, że odrzuciła nagrany z Moroderem materiał na kolejną płytę i doprowadziła do zakończenia dziesięcioletniej współpracy artystki z producentem. Zrealizowany zamiast niego pod opieką Quincy'ego Jonesa LP Donna Summer sprzedawał się dobrze, ale nie przyniósł ani jednego hitu. Na domiar złego żądny lepszych wyników Geffen był bardziej niż niepocieszony, gdy zgłosiła się do niego poprzednia wytwórnia Donny Mercury, uświadamiając im, że ta winna jest jej według zapisów kontraktu jeszcze jeden album. Na szczęście dla Donny, Geffen nie decydował o artystycznych kwestiach mającego powstać nagrania, więc wokalistka sama mogła wybrać producenta, a był nim Michael Omartian.


Krążek nie tylko przyniósł hit w postaci piosenki tytułowej, ale też miał okazać się jej najlepszym w całej następnej dekadzie. Singiel She Works Hard For The Money to połączenie elektroniki z elementami muzyki tanecznej, która była domeną Donny oraz odrobiny rocka. Tekst utworu zdawał się wpisywać w tematykę "misyjną", która często powracała wtedy w twórczości wokalistki zarówno wcześniej (State of Independence, Livin' in America), jak i na tym albumie (Stop, Look and Listen, He's A Rebel, Woman), jednak poruszona tu kwestia emancypacji kobiet zaprezentowana jest z przymrużeniem oka. Zapewne to sprawiło, że piosenka zrobiła taką furorę. Co od żartobliwego charakteru utworu, dość powiedzieć, że okładka albumu przedstawia Donnę w stroju bufetowej, który przywdziała ona również na pozostający klasykiem występ na rozdaniu nagród Grammy 1984.

Trudno oprzeć się urokowi utworu, który pociąga z jednej strony banalnym refrenem, z drugiej silnym brzmieniem podkładu, szczególnie właśnie w wydaniu live. Podobnie jest z samą Donną, która w utwór na rzekomo poważny temat angażuje ogromną ilość seksapilu i robi to z klasą.


Niestety dla Donny była to jedna z ostatnich chwil chwały w jej karierze. Kolejny album, nagrany już dla Geffena przepadł. Gwoździem od trumny okazały się oskarżenia wobec wokalistki o poczynienie komentarzy na temat AIDS i homoseksualistów jeszcze w połowie dekady, a które prasa zaczęła przytaczać przy okazji jej każdego nowego albumu pomimo konsekwentnego dementowania pogłosek. W 1988 roku kolejny album artystki, Another Place and Time, został przez Geffena odrzucony, a kontrakt z nią ostatecznie zerwany. Longplaya przejął Atlantic, a, ku frustracji byłej już wytwórni Donny, pochodzący z niego singiel This Time I Know It's for Real osiągnął nieoczekiwany sukces.

Talk Talk - It's My Life (singiel)

Utwór It's My Life zna ze słyszenia niemal każdy. Mało kto wie jednak, że za sukcesem tego, skądinąd dobrego, pop-rockowego coveru zespołu No Doubt stoi oryginał w wykonaniu Talk Talk. Zespół ten jest dziś mało znany, pewnie za sprawą swojego względnie krótkiego żywota, ale w kręgach muzycznych uznaje się go za pioniera artystycznego popu, który dał inspirację dla wielu nowych formacji. Zanim jednak trio zaczęło eksperymentować z brzmieniami elektronicznymi i gitarowymi, odnieśli względny sukces w rodzimej Wielkiej Brytanii i Europie, czego kulminacją był właśnie It's My Life.

Talk Talk - It's My Life okładka singla
 
Utwór w wersji oryginalnej to typowa pseudo-popowa pozycja zespołu - mieszanka różnorakich elektronicznych brzmień zastępujących gitarowe motywy, basu, rozwiązań rytmicznych charakterystycznych bardziej dla rocka niż synth-popu oraz bardzo osobliwego wokalu Marka Hollisa. To właśnie rozmyta, nieco "zapłakana" barwa jego głosu jest jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu.


It's My Life, uznawany dziś za przebój, jest w sumie takim małym "anty-przebojem" - pomimo dość chwytliwej melodii, przez swój dramatyczny, autorefleksyjny nastrój i ambitny tekst nie nadaje się na hit. Jego specyficzny charakter podkreśla też dający do myślenia teledysk, w którym większość czasu wypełnia zlepek klipów ukazujących dzikie zwierzęta, a więc życie w znaczeniu czysto biologicznym. Sekwencje te przerywane są zbliżeniami na stojącego w ZOO Marka, wyraźnie odmawiającego poruszania ustami do tekstu piosenki, co podkreśla zakrywający je czarny prostokąt.


Jeden z największych przebojów zespołu Talk Talk to tak naprawdę ich ostatni komercyjny utwór - choć singiel i promowany przez niego LP o tym samym tytule sprzedawał się nieźle, grupa nie miała ambicji zostania gwiazdą popu. Zamiast tego zaczęła coraz wyraźniej odcinać się od swojej początkowej twórczości, kiedy to porównywano ich nawet do dość plastikowego Duran Duran. Trzy kolejne płyty wypełniały utwory stopniowo coraz bardziej refleksyjne, spokojne i pozbawione popowego rytmu, przypominające bardziej instrumentalne suity niż piosenki.

Queen - Hot Space

U progu nowej dekady, wiele gwiazd muzyki pop nie wiedziało, że nadchodzące lata zweryfikują ich status. Śmierć Elvisa, krótkotrwała moda na disco, pojawienie się muzyki elektronicznej czy w końcu skuteczny zamach na Johna Lennona składały się na symboliczny koniec pewnej ery. Jednym z zespołów cieszących się ogromną popularnością, którym przyszło się mierzyć z nowym realiami była Queen.

Ich ósmy album studyjny The Game z 1980 roku, wydany równolegle z autorską ścieżką dźwiękową do filmu Flash Gordon był ukoronowaniem dziesięcioletniej kariery rockowej, na którą składało się osiem światowych tournée, miliony sprzedanych płyt oraz takie hity jak Bohemian Rhapsody, We Are The Champions, We Will Rock You czy najnowszy - Another One Bites the Dust. The Game był ich ostatnim stricte rockowym albumem, a jednocześnie pierwszym, na którym, ku niechęci niektórych fanów, użyto syntezatorów. Po nim zespół wrócił do studia, czego efektem był najmniej doceniany, ale i najbardziej nietypowy album w ich dyskografii - Hot Space.

Queen - Hot Space okładka albumu

Podobnie jak poprzedniczka, płyta powstawała w międzynarodowej atmosferze, jaką zapewniały studia Musicland w Monachium oraz Mountain w Montreux, w którym często gościła elita ówczesnego showbiznesu. Tam też jako produkt uboczny jam session z Davidem Bowiem powstał singiel pt. Under Pressure. Piosenka zapowiadała płytę, choć, jak się później miało okazać, z resztą utworów z tejże miała niewiele wspólnego. Zespół zdecydował się bowiem na ponowne, tym razem szersze wykorzystanie użytego na The Game Oberheima OB-X w nowych piosenkach, które już same w sobie odstawały od tego, co zespół do tej pory stworzył.


To świeże podejście do stylu słychać w Staying Power, otwieranym elektroniczno-funkową linią basową i wspartym sekcją dętą. Jednak ten nieco szalony utwór autorstwa Mercury'ego nie zaskakuje tak bardzo jak napisany przez Briana Maya Dancer. Jest to interesująca fuzja rocka z powolnym disco, w której przerysowany do granic możliwości programowany bas oraz elektroniczna perkusja świetnie dopełniają fenomenalne wstawki gitarowe Briana oraz silny wokal Mercury'ego. Spójność z nową koncepcją widać także w utworze Johna Deacona - Back Chat, kolejnej mieszance rocka z popem, tym razem r'n'b, co słychać w linii basowej oraz nieco przesłodzonym głosie Freddiego.


Przy okazji Body Language klimat zmienia się całkowicie. To, co słyszymy to kontynuacja eksperymentu, tym razem w postaci utworu tyleż naładowanego seksualnością, co pretensjonalnego. Piosenka ponownie opiera się na dynamicznej linii basowej, surowej opartej na metrum trójkowym perkusji oraz wokalach Mercury'ego zawierających okazjonalne posapywania i pojękiwania. Zarówno utwór jak i wideoklip okazały się w tamtych czasach na tyle wyzywające, że teledysk przez lata pozostawał w wideografii zespołu białym krukiem, bo prostu go nie emitowano.

Częściowym odpoczynkiem od nowoczesności są Action This Day, lekko rock'n'rollowy kawałek Rogera Taylora przerwany syntezatorowym bridge'em i saksofonową solówką oraz klasycznie queenowski Put Out the Fire Maya z obfitymi chórkami oraz jego świetną, jak zawsze, gitarą. Utwór został stworzony jako manifestacja przeciw wszechobecności broni i przemocy z nią związanej. Jednocześnie jest on pierwszym z dwóch następujących po sobie na Hot Space utworów, nawiązujących bezpośrednio do zabójstwa Johna Lennona w grudniu 1980 roku. Wskazuje na to sam tekst:

They called him a hero
In the land of the free
But he wouldn't shake my hand boy
He disappointed me
So I got my handgun
And I blew him away


a więc:
"Zwali go bohaterem
W kraju wolności;
Ale nie chciał mi podać ręki,
Zawiódł mnie.
Więc wyciągnąłem pistolet
I go sprzątnąłem."

Nieprzypadkowo następujący zaraz po nim Life is Real (Song for Lennon) to piosenka dedykowana zamordowanemu beatlesowi. Muzycznie może nie ścina z nóg, ale zachwyca ilością nawiązań do jego utworów i aluzji do zaistniałej tragedii: początkowe oktawy zagrane na fortepianie Mercury'ego to parafraza dzwonów pojawiających się w (Just Like) Starting Over, dwa pierwsze słowa zwrotki ("Guilt stains...") przypominają wokal Johna w Mother, a tytuł piosenki to nawiązanie do "love is real" z utworu Love.


Hot Space wieńczą trzy utwory, które dopełniły dzieła absolutnego zdezorientowania fanów zespołu: w Las Palabras de Amor (The Words of Love) styl Queen miesza się z melodramatem, Cool Cat to lekka, ale bardzo nudna kompozycja Johna Deacona, a ostatni to względnie najlepszy i najbardziej typowy dla zespołu Under Pressure.


Hot Space nie jest kopalnią przebojów - jest płytą-eksperymentem, którego rezultaty przeczą wszystkiemu, co zespół nagrał do tamtego momentu, szczególnie z uwagi na użycie sporej ilości elektroniki. Zarówno z tego powodu, jak i za sprawą ogromnego zróżnicowania stylistycznego i powiązanej z nim niekonsekwencji nie przypadła ona do gustu w zasadzie nikomu: fani poczuli się oszukani, a krytycy - nieprzekonani. Zespół szybko to zresztą wyczuł, bo w setlistach promującej krążek Hot Space Tour znalazły się zaledwie trzy piosenki: pośpiesznie "odbębniony" Staying Power, raczej poprawny Action This Day oraz wykonywany bez Bowiego Under Pressure.


Wobec tego wszystkiego, Hot Space wydawać by się mógł albumem bez znaczenia. I takim jest dla historii muzyki, ale już nie dla kariery Queen. Przede wszystkim był pierwszym albumem stworzonym w nowej dekadzie, która wystawiła artystów na wielką próbę - dokonująca się rewolucja syntezatorowa zmusiła ich podjęcia decyzji, którą sparafrazować można słowami ich piosenki: "If you can't beat them, join them".


Miało to jednak skutek opłakany i dopiero druga próba, jaką była płyta The Works. Okazała się ona absolutnym hitem i to właśnie dzięki lekcji wyciągniętej z nagrywania poprzednika. Na Hot Space zespół przesadził ze zmianami - nie tylko użył syntezatorów, ale też odrzucił rockowy dogmat. Na The Works, powrócił do gitarowego brzmienia jako głównej bazy, nadal mieszając z nim inne gatunki i zrobił to świetnie. Co do Hot Space, ten wielki przegrany synthowej rewolucji rocka sprzedał się nieźle, ale ku uldze Deacona, Maya, Mercury'ego i Taylora szybko został zapomniany.

Lipps, Inc. - Funkytown

Na ostatniej comiesięcznej playliście umieściłem jeden z najbardziej kultowych kawałków wszech czasów - nieśmiertelny Funkytown. Utworu co prawda przypominać nie trzeba, warto wspomnieć jednak jakie symboliczne znaczenie miał ten przebój grupy Lipps, Inc., typowego, jak się miało okazać, przedstawiciela one-hit-wonder.

Lipps, Inc. - Funkytown okładka singla

Zespół powstał w 1979 roku, od początku będąc inicjatywą jednej osoby - Stevena Greenberga, multiinstrumentalisty z Minnesoty, który przez długi czas usiłował zdobyć kontrakt z wytwórnią płytową. Ostatecznie udało się to dzięki jego lokalnemu hitowi Rock It wydanego pod szyldem Lipps, Inc. W efekcie artysta skrzyknął naprędce kilku muzyków sesyjnych czyniąc z Lipps, Inc. istniejącą faktycznie formację.

Ich debiutancki album to cztery utrzymane w stylu disco-funky utwory typowo taneczne. Jednak tylko jednemu z nich udało się zawojować świat. Funkytown to idealny przykład utworu z pogranicza dwóch dekad. Łączy on w sobie charakterystyczne dla każdej z nich gatunki w taki sposób, że słuchając go odnosimy wrażenie, że to jakby dwa scalone w jeden utwory.

Obie części utworu to w zasadzie przeciwne bieguny stylistyczne - początek brzmi bardzo chłodno za sprawą programowanego basu i odhumanizowanego wokalu. Wstęp i zwrotka nie zdradzają tego, co ma nastąpić w refrenie, a ten z elektronicznego funky zamienia się w niemal klasyczne disco - ze smyczkami rodem z Boney M. oraz wokalem Cynthii Jackson tutaj przypominającym Sister Sledge albo Chic. Całości elementu zaskoczenia w tym eklektycznym mash-upie dodaje nowocześnie brzmiący vocoder.

Utwór napisany przez Greenberga jako swego rodzaju hymn na cześć pełnego perspektyw Nowego Jorku stał się niespodziewanie tak naprawdę klasykiem dobrej tanecznej zabawy. I wydarzyło się to w zasadzie w kilka tygodni, w ciągu których singiel zdążył pobić wszelkie rekordy docierając do szczyt list przebojów w 28 krajach. Ten wynik udało się przebić dopiero Madonnie 25 lat później singlem Hung Up.


A co jeśli chodzi o twór o nazwie Lipps, Inc.? Nagrali kolejne trzy albumy, jednak to, że disco i chyba każda inna muzyka taneczna przeżywała wtedy kryzys, oraz fakt, że byli zespołem typowo studyjnym, złożonym z muzyków-profesjonalistów, którzy nie traktowali tego projektu priorytetowo doprowadziły do tego, że po prostu o nich zapomniano. Trudno zresztą było zapamiętać grupę, której skład zmieniał się jak w kalejdoskopie, a w telewizjach całego świata Funkytown promował lip-synkujący, nomen-omen, zespół tancerzy.

Dead or Alive - You Spin Me Round (Like a Record)

Zespół Dead or Alive śmiało można zaliczyć do one-hit-wonders. Jego dokonania w świecie muzyki pop ograniczają się w zasadzie tylko do jednego znanego singla jakim był You Spin Me Round (Like a Record). Brytyjski zespół jest pamiętany głównie dzięki temu hitowi, jak i również frontmanowi Pete'owi Burnsowi, wokaliście wielce kontrowersyjnemu przez swój, nawet jak na tamte czasy, bardzo ekscentryczny image.

Grupa zadebiutowała w roku 1980 promując kiczowate wydanie Hi-NRG, gatunku synth-pop, któremu dekada lat osiemdziesiątych zawdzięcza chyba najwięcej piosenek-hitów zaliczanych do tzw. "guilty pleasures". Jednak dopiero współpraca z legendarną grupą producencką Stock Aitken Waterman przyniosła zespołowi sukces. Wydany w 1984 roku You Spin Me Round singiel wiodący z ich drugiej płyty zatytułowanej Youthquake okazał się strzałem w dziesiątkę.


Swoją zaraźliwość utwór zawdzięcza przed wszystkim niesłychanie chwytliwej melodii refrenu. W połączeniu z bardzo dynamicznym, skocznym brzmieniem syntezatorów oraz charakterystycznym, niezwykle zniewieściałym pomimo niskiego rejestru wokalem Pete'a, daje ona niepokojąco mocny rezultat. Niepokojąco, bo singiel, towarzyszący mu wideoklip oraz sam zespół przejawiają wszystkie możliwe oznaki kiczu. Oprawa wizualna teledysku przeszła zresztą do historii dzięki przebraniu wokalisty a la Kapitan Hak koniecznie uwzględniającym przepaskę na oko i bujne kręcone włosy, czyniąc z niego chyba najbardziej "przegiętego" pirata wszech czasów.

Jednak to wszystko zdecydowało o sukcesie singla, który szybko zawojował dyskoteki całego świata. Nie dający odmówić sobie przebojowości o sile wykraczającej poza wszelkie znane do tej pory skale utwór dotarł do szczytu list przebojów w czterech krajach, a królował w pierwszej dziesiątce kolejnych dziewięciu. Ten ewenement miał na tyle silny wpływ na losy Dead or Alive, że zespól skutecznie ratował swoją karierę (i zapewne także budżet) aż trzykrotną reedycją utworu. Dzięki tej ostatniej z 2006 roku, utwór uplasował się na 6. miejscu UK Official Charts, co jak na utwór dwudziestoletni jest bardzo dobrym wynikiem.

Dead or Alive - You Spin Me Round (Like a Record) okładka singla

Poza sukcesem zespołu, piosenka jest przede wszystkich przykładem nowoczesnego przeboju, za którym stała wytwórnia oraz wspomniana już legendarna grupa producencka. You Spin Me Round to tandeta, która okazała się kopalnią złota. Sukces piosenki był pierwszym tak bardzo udanym rezultatem wykorzystania formuły tria SAW do generowania hitów. Pozwolił im przejść do historii jako jedna z najbardziej udanych kolaboracji tego typu. W końcu to właśnie marce Stock Aitken Waterman zawdzięczamy kolejne kiczowate, ale jakże chwytliwe klasyki, takie jak I Should Be So Lucky (Kylie Minogue), Never Gonna Give You Up (Rick Astley), Especially for You (Kylie & Jason Donovan), Too Many Broken Hearts (Jason Donovan) oraz wiele innych estetycznych koszmarów, przy których do upadłego tańczyły całe pokolenia.

Lombard - Śmierć Dyskotece!

Lombard - Śmierć Dyskotece! okładka albumu


W realizowanym na łamach Magazynu Muzycznego Non-Stop plebiscycie w kategorii Największe rozczarowanie roku 1982 trzecią lokatę otrzymała grupa, mająca stać się legendą polskiego rocka. W artykule Krzysztofa Wodniczaka w jednym z kolejnych wydań pisma jest jeszcze ciekawiej - Lombard określony jest tam mianem "firmy, która już w nazwie ma to, że preferuje wyprzedaż bubli". Mało tego, według autora najgorszą wokalistką roku jest Małgorzata Ostrowska (sic!), a całej grupie zarzuca on "niedostateczne przygotowanie zawodowe", a także "indolencję", "megalomaństwo" i "amatorszczyznę". Opinia ta wyrobiona zapewne pod wpływem początkowego zamieszania związanego z klarującym się przez długie miesiące składem zespołu oraz osobliwymi motywacjami do jego powstania ma w sobie ziarno prawdy, szczególnie w nazywaniu jego poczynań "pseudorockiem", ale zdradza też kompletny brak zrozumienia intencji grupy. A ta miała szybko dołączyć do kanonu polskiej klasyki rocka.

Nagrana w połowie 1982 roku Śmierć Dyskotece! wywoływała sporo emocji, a jej status w polskiej fonografii przypieczętowały m.in. wyniki sprzedaży, która miała według  nieoficjalnych źródeł osiągnąć niesłychany w owym czasie nakład 400 tysięcy egzemplarzy (tj. podwójnej złotej płyty). Ale robiący sporo zamieszania zespół nie przypadł do gustu krytykom. Dlaczego tak było i co zdecydowało o ostatecznym sukcesie debiutanckiej płyty rodzącego się w bólu Lombardu?


Na okoliczności powstania zespołu składa się wiele czynników, tyleż osobliwych, co typowych dla realiów polskiego "show-biznesu" przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wtedy to wśród kilkorga wychowanków niezwykłej dość szkoły, jaką było Studio Sztuki Estradowej, pojawiła się chęć stworzenia grupy wokalnej. Tak powstał Vist, którego jedną z prób odwiedził menedżer formacji Alex Band, Piotr Niewiarowski. Niesprzyjające realia i fakt, że ludzie ci nie mieli zbytniego obeznania z muzyką rockową zapewne opóźniło wykrystalizowanie się aspiracji grupy, repertuaru, a nawet, unikatowego jak na polskie realia, image'u. Nie mogło to jednak zniweczyć planów stworzenia czegoś nowego ani odrzucić od siebie łaknących wtedy takiej muzyki słuchaczy. W realizacji przedsięwzięcia pomogła współpraca ze znanym wtedy autorem piosenek Jackiem Skubikowskim. Ich pierwsza płyta powstawała z trudnościami, ale okazała się całkiem udanym debiutem.

Piosenka tytułowa jest zresztą tego najlepszym dowodem - ciekawie skonstruowanym połączeniem rocka z disco. Utwór śpiewany jest unisono przez wszystkich trzech ówczesnych wokalistów zespołu, Grzegorza Stróżniaka, Małgorzatę Ostrowską i Wandę Kwietniewską, co było chyba jedyną spuścizną po wokalnym charakterze Vistu. Jest on wymowną deklaracją buntu wobec rzeczywistości - zarówno muzycznej, jak i politycznej. Jeśli chodzi o tę ostatnią, to w późniejszych interpretacjach tekstu utożsamiano znaczenie wyrazu "dyskoteka" z czołgiem, a więc w tym kontekście - stanem wojennym. Utworu dziś słucha się jako prostego, chwytliwego rockowego kawałka, choć w momencie swojej premiery musiał dość mocno się wyróżniać - był głośny, całkiem nowatorski, ale też niewolny od kiczu (głównie przez nieco rozczarowujący refren).


Krokiem w stronę "prawdziwego" rocka jest mocny, ale odrobinę bezbarwny Na skróty do piekła, śpiewany przez Kwietniewską. W podobnym tonie, choć zdecydowanie bardziej wyraziście dzięki drapieżnemu wokalowi Ostrowskiej brzmi Droga Pani z TV. Genialny pop-rockowy utwór Skubikowskiego przełamywał nastrój markotnego rocka z dwóch poprzednich utworów. Tematem znów była krytyka realiów, a na widelec wzięto tym razem ogłupiającą społeczeństwo telewizję.

Następująca po nim Rdza to powrót do rockowego brzmienia w wykonaniu Stróżniaka - niestety tyleż rockowego, co nieprzekonującego. Ekspres stąd do nieba to nieco bardziej udany utwór w wykonaniu Kwietniewskiej, który zresztą stanowi zapowiedź stylistyki Bandy i Wandy - zgrabnej rockowej "łupanki" z kobiecym wokalem spod szyldu Pat Benatar albo Kim Wilde. Po rockowej szarpaninie czas na pierwszy utwór zasługujący na miano kultowego - Taniec pingwina na szkle. Piosenka znów ryzykownie, ale niezwykle trafnie kreśli niepokojący obraz peerelowskiego everymana:

W domach, jak klocki olbrzyma,
Rury zawyły ze strachu przed dniem.
Znów się zaczyna taniec pingwina na szkle.

Zwija śniadanie w gazetę,
Chowa pod skrzydła pysk blady, jak wosk.
Dziób mu się zgina, rośnie łysina od trosk.

Poza świetnym tekstem i muzyką Skubikowskiego na uwagę zasługuje wokal Ostrowskiej - donośny, przejmujący i zdradzający profesjonalne przygotowanie w zakresie interpretacji, co w połączeniu z rockowym brzmieniem daje efekt piorunujący.


Kolejny utwór to spora odmiana i ukłon w stronę nowoczesności. Po raz jedyny wysunięty na pierwszy plan zostaje miks futurystycznych gwizdów syntezatora i elektronicznego basu nadający taneczny, ale złowieszczy charakter Diamentowej kuli, piosence Stróżniaka do wydumanego tekstu Marka Dutkiewicza. Połączenie elektroniki z rockiem skutkuje naprawdę świetnym brzmieniem, choć mało wyrazisty jest tu wokalista.

Elektronika już niestety na płycie nie powraca - a szkoda. Następuje za to zwrot w stronę rocka w postaci irytującego Starego bólu, który swoją w swojej gonitwie ani nie pozwala słuchaczowi utworu zinterpretować, ani niespecjalnie daje zabłysnąć Ostrowskiej. Tym razem w rywalizacji lepiej wypada Wanda - w O jeden dreszcz świetnie wyraża ona wokalnie pożądanie, wtórując przyjemnym solówkom gitarowym. Szkoda tylko, że tym razem całość psuje miejscami mało przekonujący aranż. Z kolejnych utworów na wyróżnienie zasługuje jedynie utwór ostatni - Gwiazdy rock and rolla. Piosenka zakrawa na kicz, ale broni się swoją przebojowością dzięki galopującemu basowi w zwrotce oraz nie najgorszemu refrenowi.


Wydawać by się mogło, że album oprócz wspomnianych przebojów w postaci piosenki tytułowej, Drogiej Pani z TV i Tańca pingwina wydaje się z dzisiejszej perspektywy wybitny. Ale w owych czasach bardzo odróżniał się od reszty sceny muzycznej, w większości przypadków umiejętnie mieszając pop z rockiem i rzadką wtedy w polskim przemyśle muzycznym elektroniką. Mało tego, owej fuzji dokonała formacja początkująca, składająca się z członków może i kształconych w kierunku występowania na estradzie, jednak nadal razem "nieogranych". Na dodatek teksty części z piosenek nawiązywały do trudnej rzeczywistości początku dekady. Wielkim nieobecnym, któremu najlepiej udało się oddać tę przygnębiającą atmosferę był Przeżyj to sam. Utwór ten napisany przez Stróżniaka do słów Andrzeja Sobczaka był na tyle dobitny, że radiowa Trójka dostała ponoć zakaz jego emisji, a zespół - prawdopodobnie także jego publikacji. Melodyjny anthem trafnie odzwierciedlał przemyślenia osób niezadowolonych z problemów w kraju, lecz ukazywał się jedynie na płytach live, a jego wersja studyjna dodana została dopiero do kompaktowego wznowienia albumu z 1997 roku.

Przytoczone we wstępie słowa krytyki nie są adekwatne do tego, czym płyta była - zarówno artystycznie jak i pod względem tego, co znaczyła dla polskiej muzyki. Ale tego autor cytatu nie mógł wiedzieć, zresztą w pewnym stopniu mając rację co do czysto muzycznej warstwy materiału, jaki złożył się na album Śmierć Dyskotece! Niestety ma się na nim wrażenie chaosu wynikającego z mnogości wokalistów, stylów muzycznych oraz jakościowej nierówności piosenek. Nie można się oprzeć wrażeniu, że kilka z nich było zbędnych, a te lepsze wydają się nadal swego rodzaju kreacją stylu rockowego, a nie autentyczną jego realizacją. Przypomina to początkową działalność Blondie, która dekadę wcześniej powstała dla zabawy i dopiero po paru latach z żartu przemieniła się, głównie dzięki swojej ciężkiej pracy, w jeden z barwniejszych zespołów w historii muzyki pop.

Bez względu na te wady, Śmierć Dyskotece! to wierny obraz następujących w owych czasach przemian w polskiej muzyce rozrywkowej, kiedy pomimo niesprzyjających dla artystów warunków, znalazło się miejsce na realizację przedsięwzięcia muzycznego, które nie odbywało się pod auspicjami wszechobecnej władzy komunistycznej. Zapewne właśnie to przeoczenie z jej strony, utwory takie jak Przeżyj to sam, pozwoliło przemienić artystom muzykę PRL-u z tuby propagandy w coraz donośniejszy głos otwartej krytyki.


Obecnie pierwszy album Lombardu, podobnie zresztą jak i pozostałe, jest praktycznie niedostępny - zarówno wydania winylowe w przyzwoitej stanie jak i remastery CD są rzadkością. Dla tych, którzy chcą posłuchać płyty w całości i w oryginale pozostaje jedynie YouTube albo odrobina szczęścia w eksploracji bezkresu Internetu. Smutnym jest fakt, że legendarną płytę sprzed 30 lat było w gruncie rzeczy dużo łatwiej kupić w czasach najgłębszej komuny niż w wolnej, nowoczesnej Polsce.

Lombard - Śmierć Dyskotece! okładka albumu

Mike Oldfield - Five Miles Out (SP)

Mike Oldfield - Five Miles Out okładka singla


Mike'a Oldfielda znamy głównie z jego słynnych, pojawiających się m.in. w ścieżce dźwiękowej do Egzorcysty Tubular Bells (pol. dzwony rurowe) oraz innych utworów instrumentalnych. Ale w latach osiemdziesiątych, za usilnymi namowami znienawidzonej przez niego wytwórni Virgin, pisywał również piosenki. Okres ten obrodził kilkoma umiarkowanymi przebojami, z których najciekawszą historię miał Five Miles Out, tytułowy singiel z albumu z 1982 roku.


Utwór jest nietypowy z wielu powodów. Przede wszystkim ze względu na temat, a są nim osobiste, drastyczne przeżycia Oldfielda, który pewnego razu miał wątpliwą przyjemność lecieć na pokładzie małego samolotu, który przez niedoświadczonego pilota nakierowany został w sam środek burzowej chmury. Nikomu nic się nie stało, a Mike nie dostał co prawda tak silnego olśnienia jak Cat Stevens i nie nawrócił się w podzięce Bogu na islam, ale postanowił napisać o tym piosenkę. Jej tekst jest po części wierszem inspirowanym przeżyciem, po części relacją wyimaginowanej do pewnego stopnia rozmowy pomiędzy pilotem feralnego lotu a kontrolerem ruchu. Aby nadać tekstowi dramatyzmu, w te dwie role wcielają się zresztą sam Mike oraz znana m.in. z Moonlight Shadow Maggie Reilly. Wokale Mike'a dodatkowo przetworzone są vocoderem, co imituje brzmienie głosu przez radio.


Drugą nietypową cechą, która jednak wynika wprost z tematu utworu jest jego konstrukcja. Piosenka to charakterystyczna dla Oldfielda mieszanka elektroniki z rockiem, w którym często pojawia się charakterystyczna "brudna", rozwibrowana gitara elektryczna. Motywy poszczególnych jej części zmieniają się jednak dość mocno - wstęp jest oszczędny (bas, gitara i kilka synthów) i ma zapewne obrazować pierwsze oznaki nadchodzących problemów, potem zwrotka Mike'a przerywana świetnym riffem gitarowym oraz kojący, śpiewany przez Maggie refren, potem powtórzony w duecie z Mike'iem. Dalej następuje przerywnik z mówionym tekstem i dudami (co u Oldfielda nie jest niczym szczególnym), po których słyszymy ponownie solówkę gitarową i drugą zwrotkę. Tu następuje złamanie reguły i zamiast refrenu pojawiają się kolejne części, z których ostatnia stanowi mieszankę wszystkich wokali oraz ryk przelatującego samolotu. Dla tych, którzy się pogubili w tej dość nietypowej konstrukcji, załączam oryginalny track sheet piosenki:


Five Miles Out zarówno przez swój tekst ale i dość dynamicznie zmieniającą się oprawę muzyczną śmiało zasługuje na miano epickiego. Nie jest wolny od wad - pojękujące wokale Reilly nie zdają tu egzaminu, a dość dziwna konstrukcja utrudnia też skojarzenie utworu z refrenem, bo żaden motyw w utworze nie wybija się ponad inne. Piosenka przepadła kompletnie jako singiel, choć to w przypadku Oldfielda nie było wielką tragedią, bo jego muzykę zawsze trudno było sprzedać nawet w kraju kompozytora. Mimo to "samolotowy" utwór Mike'a godny jest uwagi za sprawą tych kilku interesujących momentów oraz swojej unikatowości.

Prawa autorskie

Tekst: Wojciech Szczerek

Licencja Creative Commons

BornInThe80s
by Wojciech Szczerek is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

Licencja obejmuje wszystkie artykuły oraz tłumaczenia tekstów piosenek z wyjątkiem oryginalnych tekstów piosenek.

Wszystkie zdjęcia okładek oraz teksty piosenek są dziełem oryginalnych twórców i podlegają prawu autorskiemu.