Born in the 80s

Blog o muzyce lat osiemdziesiątych... i nie tylko!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty

Kombi - Inwazja z Plutona / Nie ma jak szpan (singiel)



Patrząc dziś na zawrotną karierę zespołu Kombi, trudno uwierzyć jak krętą drogę musiał przebyć do szczytu swojej synth-popowej kariery. Ich początkowe muzyczne dokonania niezbyt odbiegały od tego, co na co dzień serwowały nam rodzime zespoły pop. I choć ich kariera zaowocowała sukcesami głownie w komunistycznej Polsce, to już same starania grupy o to by być wysłuchanym zagranicą, sprawiły, że otworzyli się na świat i trochę owego świata przywieźli do Polski.

Owo otwarcie na świat pozwalało nie tylko na kontakty muzyczne i biznesowe oraz szansę na posłuchanie najnowszych trendów w branży, ale też na rzeczy bardziej prozaiczne, takie jak zakupy. To dzięki wyjazdom zagranicznym lider grupy Sławomir Łosowski mógł zakupić syntezatory, których próżno szukać było w sklepach chyba całego Bloku Wschodniego.
W 1982 roku zespół postanowił wydać single promujące ich rewolucyjną, jak na polskie warunki, muzykę i przygotować pod nią grunt. Pierwszym z nich był wydany przez Tonpress podwójny singiel z utworem Inwazja z Plutona autorstwa Grzegorza Skawińskiego i Waldemara Tkaczyka oraz Nie ma jak szpan na stronie B napisanym przez Łosowskiego. Piosenki zupełnie odbiegały od tego, co można było usłyszeć na dwóch pierwszych płytach Kombi, gdzie dominował pop z elementami rocka oraz pojawiał się funk i disco, które w owym czasie umierało.


Aranżacja Inwazji to zmyślne połączenie tradycyjnych instrumentów - gitary elektrycznej (solo we wstępie i przerywniku instrumentalnym, 0:14-0:25. 2:09-2:43), rytmicznej (w bridge'u, 0:49-1:05, 1:47-1:57) i basowej (w całej piosence, choć często przykrywa ją bas programowany) oraz perkusji w wykonaniu Jerzego Piotrowskiego. Ale pomimo takiej mnogości elementów typowych dla rocka spod znaku Kombi w tym utworze to właśnie syntezatory stoją na pierwszym miejscu - począwszy od stałych akordów wspartych elektronicznym basem w zwrotkach poprzez odpowiadające wokalowi agresywne uderzenia w refrenie a skończywszy na puentujące każdy refren oraz całą piosenkę efekciarskie dźwięki (1:16-1:17, 2:08-2:09, 3:06-3:09).
Zespół stawiał na futuryzm - tematycznie utwór opowiada o... ataku kosmitów na Ziemię, choć członkowie zespołu wskazują na to, że autor tekstu Marek Dutkiewicz nawiązywał do niedawno wszechobecnych na ulicach polskich miast patroli ZOMO. Pomijając ten może nieco wątpliwy wniosek utwór wydaje się tajemniczy i intrygujący. Całości świetnego rezultatu muzycznego dopełniają indywidualna okładka singla (wtedy, gdy była to rzadkość) oraz świetny, a jak na tamte czasy, rewelacyjny klip wideo wykonany na potrzeby Telewizyjnej Listy Przebojów. Członkowie grupy rozstawieni na podświetlonych platformach i przebrani w kostiumy wykonane z bliżej nieokreślonych materiałów wykonują ekscentryczne ruchy w takt piosenki. Sam obraz poddany jest przetworzeniu kolorów oraz zwielokrotnieniu (np. kadr z gitarą elektryczną). Efekty wizualne idealnie współgrają z kompozycją i rytmiką piosenki.

W porównaniu z utworem na stronie A, nieco mniej radykalny okazuje się Nie ma jak szpan. Utwór znacznie wolniejszy, za to dużo bardziej okraszony technologicznymi nowinkami. Z wyjątkiem wokalu, gitar rytmicznych oraz solowej obecnej w głównym motywie oraz w przerywniku instrumentalnym, wszystko wykonują syntezatory. Utwór autorstwa Łosowskiego to świetne dopełnienie przebojowej pierwszej strony.


Singiel ostatecznie nie zrobił furory, ale dał się zauważyć, na co wskazują nie tylko wykonane dla Telewizyjnej Listy Przebojów klipy do obydwu piosenek, ale też notowania Listy Przebojów Trójki (odpowiednio 20 i 10 miejsce). W notowaniach listy magazynu Non Stop piosenki miały mniej szczęścia i kilkukrotnie pojawiały się w tzw. poczekalni, ale na miejsce na właściwej liście załapał się tylko utwór ze strony B. Zresztą, co widać po wynikach na LP3, utwór Łosowskiego w ogóle zdawał się lepiej przypaść do gustu Polakom niż tajemnicza Inwazja z Plutona.

Pomimo tego zespół nadal czuł wiatr w żaglach i wiedząc, że w Polsce istnieje potrzeba nagrywania muzyki elektronicznej poszedł dalej i nagrał kolejny, tym razem już przebojowy singiel Linia życia. Jako jeden z niewielu zespołów mających własny sprzęt tego typu mogli na swoim kolejnym albumie Nowy Rozdział zaprezentować swoje ówczesne możliwości. Od tego momentu nabrali charakteru, a polska publiczność na zawsze podzieliła się na zwolenników i przeciwników wykonywanej przez Kombi muzyki.

2 plus 1 - Video


Dwa plus jeden - Video okładka albumu
Skutkiem ogłoszenia w Polsce stanu wojennego zespół 2 plus 1 zdecydował się wstrzymać swoją międzynarodową karierę. Po latach działań skupiających się wokół promocji w RFN oraz wyjazdach zagranicznych szanse na rozwój grupy w tym kierunku ewidentnie legły w gruzach. Zarazem powrót na polski rynek wymagał od nich sporego wysiłku, ale okazał się całkiem udany. Grupie nie przeszkodził ani spadek zainteresowania stylistyką folk, z którą dawniej była identyfikowana, ani fakt, że kilkuletnie zanurzenie w Zachodnim disco, do którego Polacy nie mieli dostępu, oznaczało swego rodzaju zaniedbanie polskiej publiczności. Płytą Bez Limitu z 1983 roku wstrzelili się w najnowsze trendy muzyczne, a pozycja stała się bestsellerem (nakład płyty 150 tys. egzemplarzy).
Zachęcony dobrymi wynikami zespół niemal od razu rozpoczął pracę nad nowym materiałem. Jeszcze na fali sukcesu Bez Limitu w 1984 roku 2 plus 1 dał wielki koncert w Sali Kongresowej retransmitowany przez telewizję, który był punktem szczytowym w jego karierze oraz wydał osobny singiel Wielki mały człowiek, który zapowiadał nową płytę.


Swój dziewiąty LP zatytułowany Video 2 plus 1 wydał dopiero rok później. Krążek jest stylistyczną kontynuacją poprzednika, a niektóre piosenki łatwością można by zestawić z tymi z Bez limitu i nie umieć poprawnie przypisać ich do longplayów, z których pochodzą. Mimo to aranżacje kawałków na Video (jak zwykle napisanych w większości przez Janusza Kruka) uderzają dużo bardziej posuniętą ekscentrycznością. Będąca wtedy globalnym trendem obfita elektronika okazuje się w wydaniu 2 plus 1 dość osobliwa. Z jednej strony grupa zdaje się w pełni oddawać nowej modzie, z drugiej słuchaczowi zdarza się raz po raz usłyszeć znaki rozpoznawcze zespołu, jakie wypełniały ich pozycje z lat siedemdziesiątych: ekspresyjny głos Elżbiety Dmoch i charakterystyczne chórki. Wszystko to w rozwiązane bardzo nowatorsko.


Wspomniany już Wielki mały człowiek miejscami przypomina jeden z najmocniejszych akcentów poprzedniego albumu – singiel Superszczur. Łudząco podobna wydaje się tu początkowo surowa aranżacja, która świetnie pasuje do kolejnego pesymistycznego tekstu omawiającego sytuację współczesnego człowieka. Równie dołująco brzmi tekst piosenki Samo życie (Chmury umysłu), którą autorzy umiejętnie rozwinęli poprzez stopniowe rozbicie na rytm trójkowy powolnego pulsu, co podkreśla syntezator w refrenie (z efektowną sekwencją funkcji w drugiej części), oraz pseudobluesowy wstęp do drugiej zwrotki (bas i wykrzyczany wokal Elżbiety). Siłę tego prostego w gruncie rzeczy prostego utworu potęgują długie fragmenty wolne od wokalu a więc i tekstowej treści.
Efektownych momentów instrumentalnych jeszcze więcej jest w Chińskich latawcach, jednym z najbardziej znanych przebojów z płyty. Piosenka (napisana, tak jak poprzednia, wspólnie z Maciejem Zembatym i Johnem Porterem) to intymna impresja w trzech odsłonach: polskiej śpiewanej przez Elżbietę, angielskiej – przez Johna i instrumentalnej. Wspólnie dają one bardzo klimatyczny rezultat.



Płyta Video ma posiada także momenty słabsze. Za jeden z takich należy uznać nieprzekonujący utwór Naga plaża (debiut kompozytorski Elżbiety Dmoch), aranżacji którego, szczególnie w refrenie oraz przerywnikach instrumentalnych, zwyczajnie szkoda na tekstowy banał Andrzeja Mogielnickiego. Podobnie jest z utworami Ma-czung-ga-loo oraz Dawno dawno temu, mimo że ten ostatni zdecydowanie odbiega od reszty płyty. Poprzeplatane z innymi, zdecydowanie bardziej godnymi uwagi, utwory te może zbytnio nie przeszkadzają, choć ich obecność wydaje się po prostu zbędna.
Balet rąk zaskakuje enigmatycznym tekstem i ciekawą aranżacją: funkowy bas i tremola na marimbie towarzyszące wokali Eli przechodzą w płynne syntezatory, do których śpiewa jeden z panów. Z kolei utwór tytułowy, który rozpoczyna stronę B albumu to majstersztyk połączenia instrumentów konwencjonalnych z nowoczesnym programowanym aranżem syntezatorów oraz bardzo charakterystycznymi wokalami zespołu.



Podobnie jak Bez limitu, Video to album wykraczający poza konwencję muzyki spod znaku 2 plus 1 oraz w ogóle jakiegokolwiek popu, nie mówiąc o szczególnie popularnym wtedy synth-popie. Grupa mająca na swoim koncie zarówno dobre płyty konceptualne jak i nagrywane na RFN-owski rynek tandetne disco jeszcze raz zaskakuje i próbuje połączyć przystępność swoich niedawnych dokonań z ciekawymi metodami produkcji. Rezultat wydaje się ciekawy, a część utworów zaliczyć można do najlepszych dokonań zespołu w dekadzie lat osiemdziesiątych.

Płytę niezwykle trudno ocenić dziś pod względem sukcesu. Sam album został wydany w jednej z polonijnych wytwórni Savitor (mających jedynie ograniczone możliwości działania) w nakładzie zaledwie 50 tys. egzemplarzy, co w oczywisty sposób nie umywa się do zamówionych przez Tonpress 245 tys. krążków Bez limitu dwa lata wcześniej. Choć w gospodarkach rynkowych liczba sprzedaży świadczy zwykle o sukcesie wydawnictwa, w trudnych do wyjaśnienia warunkach PRL-owskiego rynku muzycznego nie można jednoznacznie interpretować niskich wyników jako brak sukcesu. Niemniej jednak płyta jest jedną z najmniej znanych w dyskografii zespołu – przede wszystkim z uwagi na brak późniejszego wydania CD ani jakiegokolwiek innego poza wersją winylową z 1985 roku. Świadczy o tym choćby fakt, że w ówczesnej prasie muzycznej w zasadzie nie ma o niej słowa. Paradoksalnie aż pięć piosenek z płyty znalazło się na liście przebojów Programu Trzeciego, a dwie - Wielki mały człowiek oraz towarzyszący mu na singlu Cudzy ogień nie grzeje - także na liście Programu Pierwszego PR. Warto dodać, że ta ostatnia piosenka ostatecznie nie znalazła się na płycie.


Drugie życie dał płycie dopiero portal YouTube, na którym znajdziemy jego zgraną, niestety słabą jakościowo, wersję. Pomimo tego jest warta uwagi, szczególnie dzięki swojej unikalności, o którą trudno wśród polskich nagrań tamtego okresu.

Urszula - Malinowy Król (singiel)


Ciekawą cechą polskiej sceny muzycznej, szczególnie tej z czasów komunistycznych, była skłonność do naśladowania muzyki zachodniej. Niestety przez cały ten okres oraz do pewnego stopnia nawet do końca lat dziewięćdziesiątych doskwierał nam faktyczny brak legalnego dostępu do muzyki zagranicznej.  Była ona po prostu zbyt droga - zarówno gdyby chciano sprowadzać albumy z Zachodu, jak i tłoczyć płyty na licencji w kraju. Na szczęście na pomoc słuchaczom potajemnie spragnionym kapitalistycznego hedonizmu często ruszali sami twórcy polskiego popu. To właśnie oni, chcąc nadążyć za modą a jednocześnie pokazać ją Polakom, porywali się na mniej lub bardziej oczywiste nawiązania do obowiązujących trendów. Sztandarowym przykładem polskiej kompozycji tego typu był przebój Urszuli z 1984 roku autorstwa Romualda Lipki pod przaśnym tytułem Malinowy król.


Piosenka powstała jako jeden z kilku synth-popowych utworów stanowiących materiał stworzony przez Lipkę i jego Budkę Suflera. Skomponowane zostały na nadchodzącą drugą płytę promowanej przez zespół wokalistki, która tym razem odeszła od rockowych brzmień i oddała się w pełni globalnemu boomowi elektroniki. Jednak stylistyka tej jednej kompozycji różni się od pozostałych. Piosenka zainspirowana jest w dużym stopniu hitem Moonlight Shadow Mike'a Oldfielda z roku poprzedniego, który zaśpiewała jego zaprzyjaźniona wokalistka Maggie Reilly. Śmiało można by rzec, że jest to po prostu adaptacja tego popularnego utworu na polski rynek.

Malinowy Król to kawałek, który ze swoim pierwowzorem współdzieli ogólne wrażenie lekkości - począwszy od silnej aranżacji z użyciem gitar akustycznych, syntezatorów oraz nadającej ton gitary solowej i wątłego żeńskiego wokalu. Podobne są same kompozycje obu piosenek, choć nie w sensie przebiegu linii melodycznych, a pod względem harmonicznym, konstrukcyjnym i rytmicznym.


I choć nawiązania to wyraźne, trudno nazwać utwór plagiatem. Jest to raczej kompozycja mocno oparta na skądinąd świetnym przeboju autorstwa Oldfielda, która w umiejętny sposób odtwarza klimat oryginału. Rezultat jest dość niezły, choć nie powala na kolana. Szczególnie jeśli pod lupę wziąć tekst piosenki autorstwa Marka Dutkiewicza, który w owym czasie należał do czołówki polskich tekściarzy. Niestety jego popularność miejscami przekładała się negatywnie na jakość tekstowych propozycji. W przypadku Malinowego króla sprawę kładą już w zasadzie pierwsze słowa zwrotki, które nadają jej melodramatyczną, kiczowatą atmosferę:

Daj mi zgodę na ten dzień, który właśnie kona.
Dorzuć do ogniska drew, utul mnie w ramionach.

W dalszej części jest trochę lepiej, ale tylko do momentu, w którym słyszymy refren - na zawsze zapamiętany z powodu swojego tekstu tyleż enigmatycznego, co miejscami bezsensownego:

Malinowy król malowanych róż
Zawsze nas od złego obroni.
Jakbym mogła Ci narysować sny,
A w nich dom, drogę, drzwi.
Na niebie błysnął biały nóż -
To księżyc pełni straż.
Czy nie znałam Cię w innym życiu już
Kiedyś hen, dawno tak.
Pieniądze nie kupią mnie,
Lecz oczu twych blask.
Wystarczy mi biały chleb,
Dopłyńmy do dna.

Pomimo tego dość wątpliwego ładunku emocjonalnego, jaki niosą słowa piosenki, Malinowy król w całej swojej jogurtowej oprawie - począwszy od przesłodkiego głosu Urszuli, dość przesyconej aranżacji a skończywszy na swojej banalności - jest naprawdę dobrym przebojem pop. Nie bez powodu stał się jednym z większych przebojów Urszuli z jej pierwszych lat, który pamiętamy do dziś. Przy tym wszystkim wnosić można, że był on świadkiem wielu randek ówczesnych nastolatków, których serdecznie przepraszam za okrutne potraktowanie dzieła oraz zdeptanie związanych z nim miłosnych sentymentów.

Bajm - Martwa woda

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Bajm to obok Budki Suflera jeden z najdłużej działających w Polsce zespołów. Grupa, której nazwa to inicjały imion jej czterech początkowych członków, tak naprawdę po raz pierwszy zaistniała w 1978 roku, kiedy to zdobyła nagrodę w konkursie Debiuty na festiwalu w Opolu. Podwójny bis piosenki Piechotą do lata był jednak zapowiedzią spektakularnego, ale krótkotrwałego sukcesu - na status jednego z najważniejszych polskich wykonawców przyszło Bajmowi pracować wiele lat.


Wydany w 1983 roku debiutancki LP Bajm względu na dość chaotyczny repertuar przypominał bardziej składankę niż studyjny album zespołu. Wypełniły go nowe przeboje - energiczny Nie ma wody na pustyni i dramatyczny Co mi Panie dasz, ale także szeroki repertuar utworów zakrawających na pastisze gatunkowe, jak katastrofalny Józek, nie daruję ci tej nocy czy osobliwy W drodze do jej serca, których dziś słucha się z półuśmiechem na twarzy. Dziwaczność Bajmu miała jednak swoje intrygujące odsłony, co usłyszeć można było w singlu z debiutanckiego LP pod tytułem Różowa kula, utworze wokalnie drapieżnym (okrzyki Beaty w wysokich rejestrach), tekstowo tajemniczym, a nastrojowo - magicznym. Właśnie tą drogą grupa poszła tworząc swoją drugą w ogóle, ale pierwszą spójną płytę długogrającą w swojej karierze.

Tak jak na Bajm złożyło się doświadczenie szybkich przemian mód i nastrojów w ciągu kilku lat, tak Martwą wodę Kozidrakowie napisali i nagrywali w roku 1984, w nieciekawych dla Polski czasach. Dość powiedzieć, że większość tekstów na płycie wprawia w posępny nastrój, a ich tematyka jest raczej oczywista. Otwierające płytę W klatce lwa zapowiada treść płyty w metaforyczny acz dosadny sposób już w pierwszej zwrotce:
Jesteśmy w klatce lwa
Pijemy gorycz, aż do dna
Co będzie z nami myśleć strach
Setki żelaznych tarcz
Krew w nas gotuje się jak barszcz
I nie pomaga bat tresera

Wrażenie osaczenia i zniechęcenia połączone z paranoją przedstawia Ściany mają uszy, uszy znakomite, który opisuje panujący w totalitarnej codzienności niepokój społeczny:
Nie przeklinaj losu
Świat jest urządzony tak
By obserwować Cię
Z każdej jego strony

Z kolei próby psychologicznego skonfrontowania się z rzeczywistością nakreśla Moja wina, wielka wina. Jednak to utwór tytułowy z płyty w najbardziej jaskrawy sposób oddaje wrażenie beznadziei. Rozmyta gitara symbolizująca "martwą wodę", w jakiej tonęła Polska a podejrzanie spokojny wokal Beaty to tylko wstęp do dramatycznego refrenu, który oddaje całość beznadziei, jaką zespół musiał wtedy odczuwać:
Ratuj mnie
Jestem, jestem, jestem już na dnie
Ratuj mnie
Bo tonę, tonę w martwej wodzie
Codziennych naszych spraw

Najbardziej charakterystycznym utworem z płyty był z pewnością Piramidy na niby, który grupa wykonała zresztą na festiwalu Opole 1984. Piosenka dziwaczna i powtarzalna, ale w swojej osobliwości świetnie obalająca mit komunistycznej walki o dobrobyt, której rezultaty porównali w niej do budowy egipskich piramid, i bezsensie zbudowanych na społeczeństwie niewolniczym starożytnych kultów. Charakterystyczne jest celowe zaburzenie rytmu, co słuchać w nieregularnym, zmieniającym się metrum zwrotki, dające wrażenie muzycznej "diagonalności" budowanych na fałszu piramid.

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Poza wspomnianymi wyżej tekstami, które można równie dobrze interpretować bardziej personalnie, nie brakuje utworów bardzo intymnych. Będąca zdecydowanie najmocniejszą pozycją na krążku Małpa i ja to idealnie odzwierciedlone, muzyczno-tekstowe wyobrażenie tego, co dzieje się w umyśle osowiałym, melancholijnym, będącym w stanie głębokiej depresji a nawet szaleństwa.


Napięcie w piosence zbudowane jest idealnie - początkowo neutralna zwrotka przechodząca w refren to zapowiedź narastającego przejścia gitarowego, przywodzącego skojarzenie z potęgującym się załamaniem nerwowym. Po tym dość długim i dramatycznym bridge'u a także pełnym rozpaczy refrenie, powraca zwrotka. Tym razem jednak śpiewana jest ona przez dwa wokale jednocześnie - pierwszy to ten spokojny, otępiały, który znamy już ze zwrotki pierwszej, a drugi stanowi odzwierciedlenie katastrofalnego stanu psychicznego osoby. Ale piosenka poza głębokim tekstem sprawdza się także jako przemyślany, bezbłędnie zaaranżowany oraz wykonany utwór rockowy, któremu nie można odmówić ani muzycznego "kopa", ani autentyczności.

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Płyta pomimo swojego potencjału nie spotkała się z większym zainteresowaniem mediów. W czasach, kiedy sporo utworów opisywało trudy codzienności, album tego typu - wycofany, drapieżny, ale pozbawiony anthemów pokroju Przeżyj to sam Lombardu w zasadzie przeminął bez wieści. Grupa ogrywała płytę (między innymi na tournée po Wietnamie), jednak nie pozwoliło jej to na znalezienie się w prasie muzycznej na przestrzeni całego roku.
Artystycznie Martwa Woda to jednak prawdopodobnie najbardziej interesująca pozycja w dyskografii Bajmu - album stojący pośrodku rockowego tryptyku (który wieńczył LP Chroń Mnie z 1986 roku) jest najbardziej spójnym muzycznym obrazem grupy, którą do tej pory, zresztą tak jak wielu polskich wykonawców, charakteryzował stylistyczny nieład. Kolejne dokonania zespołu zostały znacznie lepiej przyjęte, choć zawdzięczać to może raczej sukcesom pojedynczych, skądinąd udanych piosenek.


Obecnie Bajmowi miejscami daleko do rockowych brzmień sprzed ponad trzydziestu lat. Polakom zdecydowanie częściej kojarzy się on z balladami i ckliwymi przebojami z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to obalenie komunizmu tchnęło w grupę, tak jak i w większość polskich wykonawców, którzy przetrwali transformację, nowe życie. Nic dziwnego, że dziś lepiej pamiętamy niosącą nadzieję Białą armię czy nawet melodramatyczne Dwa serca, dwa smutki, a nie pozostające w jego cieniu rockowo-depresyjne utwory typu Martwa woda albo Małpa i ja. Jednak pomimo upływu czasu i zdecydowanej zmiany stylistycznej, płyta jest nadal żywa i wyrazista a także warta przypomnienia.

Kombi - Nowy Album

Kombi - Nowy Album okładka albumu

Na taki powrót marka Kombi czekała długo. I choć zarówno panowie Grzegorz Skawiński i Waldemar Tkaczyk (czyli działające od 2001 roku KOMBII), jak i występujący pod swoim nazwiskiem Sławomir Łosowski dostarczali swoim fanom muzyki, która nawiązywała do oryginalnych dokonań i stylu grupy popularnej w Polsce szczególnie w latach osiemdziesiątych, to dopiero wydany w styczniu Nowy Album, pierwsze wydawnictwo spod szyldu Kombi od 25 lat można postrzegać jako prawowitego spadkobiercę tradycji legendarnej grupy.
Początkowo kompozycje rodzącego się po rozpadzie O.N.A. KOMBII, projektu bazującego na wokalu Skawińskiego oraz jego dawnych kompozycjach z Kombi można było uznać za przyzwoitego kontynuatora dorobku grupy. Jednak z czasem poziom nowo pisanych piosenek wyraźnie spadał, a wyłączony udział w tym projekcie lider i założyciel pierwszego zespołu stopniowo zaczął odzyskiwać siły i zwiększał swoją aktywność. Wydany pod szyldem Łosowski album Zaczarowane Miasto z 2009 roku, podwójny album składający się z materiału premierowego oraz nowych wersji znanych piosenek przeminął w zasadzie bez echa, choć wiernym fanom zespołu przypadły do gustu zarówno nowe kompozycje jak i wokal występującego na żywo z Łosowskim od 2005 roku Zbyszka Fila.



Nowy Album nawiązuje do najlepszych czasów Kombi, co jest ewidentne, począwszy od tytułu i okładki (łudząco przypominających te z bestsellerowego Nowego Rozdziału z 1984 roku, którego recenzję możecie przeczytać tutaj), a skończywszy na ulubionych brzmieniach i samplach, których Łosowski często wtedy używał, a do których postanowił tu powrócić.
Rozpoczynający album Na dobre dni, który zapowiadał płytę już od kilku miesięcy to spektakularny wstęp do mnóstwa interesujących utworów, takich jak na przykład Niech noc połączy, którego trójkowy rytm i stopniowo budowane harmonie wokalu kultywują tradycję albumu 4 (recenzja dostępna tutaj).
Istotną zmianą w porównaniu z dawnym składem jest eliminacja pierwiastka rockowego, za który kiedyś odpowiadali Skawiński i Tkaczyk - gitary, zarówno prowadząca jak i basowa, pojawiają się sporadycznie. Z kolei na pierwszy plan wyciągnięty zostaje ekspresyjny, bardzo przyjemny w słuchaniu, a przy tym sprawny technicznie wokal Fila. Jego walory usłyszeć można choćby w urzekającej Gwinei.


Wśród utworów nie brakuje piosenek chwytliwych, takich jak Na dobre dni czy Siedem piekieł bezpośrednio imitujących gatunek synth-pop lat osiemdziesiątych lub wręcz w nim utrzymanych. Często jedyną różnicą jest tu oczywiście postęp techniczny w porównaniu z jakością i metodami nagrań, które zmieniły się diametralnie w ciągu trzydziestu lat. Co jednak istotne, większość partii wykonywana jest na oryginalnych bądź opartych na nich syntezatorach, które Łosowski użytkuje już od ponad 30 lat. Tak więc oprócz "digitalizacji" niektórych swoich aspektów, styl Kombi to nadal synth-pop w pełnym tego słowa znaczeniu.
Nowa muzyka Kombi zyskuje na tempie - sporo jest piosenek rytmicznych, nawet tanecznych, w których dominują przetworzenia wokalu i rytmiczne syntezatory (przypominające aranżacją Erasure Niedopowiedzenia). Ale nie wszystkie utwory na płycie są piosenkami - wieńczący ją instrumentalny Słoneczny dzień to pełne wyrazu nawiązanie do jednego z pierwszych hitów grupy - Tańca w słońcu.
Nowa płyta to krok naprzód - choć faktycznie nagrywana i wykonywana na koncertach przez skład spod szyldu Łosowski (a więc przez lidera oraz wokalistę Zbigniewa Fila, perkusistę Tomasza Łosowskiego i basistę Karola Kozłowskiego), to zmiana nazwy nie jest jedynie kwestią kosmetyki. Świętujący w tym roku jubileusz 40-lecia zespół o tradycjach sięgających lat sześćdziesiątych może się pochwalić udanym powrotem, w którym sentymentalnie nawiązuje do lat świetności. I choć próżno doszukiwać się czegoś oszałamiającego na płycie, która skierowana jest głównie do dawnych fanów grupy-legendy, z pewnością ich nie zawiedzie. Kombi udowadnia, że jego styl nie umarł i broni się mimo upływu czasu.

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia (LP)

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia okładka albumu

Historia Budki Suflera swoją zawiłością dorównuje klasykom brazylijskiej telenoweli. Ale to właśnie poprzez umiejętne zmiany personalne w sytuacjach tego wymagających, zespół pozostawał na topie tak długo, czy raczej, powracał na niego tak często. Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych, choć nie pozbawiona sukcesów, upłynęła grupie pod znakiem zmian, nie zawsze oczekiwanych. W 1980 roku współpracę z Anną Jantar przerwała jej nagła śmierć, nagrany dla Izabeli Trojanowskiej debiutancki album IZA (1981) okazał się ich pierwszym i ostatnim wspólnym projektem, a w 1982 śpiewający z zespołem zaledwie od 4 lat Romuald Czystaw zmuszony był ustąpić z funkcji wokalisty z powodu problemów z głosem.


Jednocześnie Budka podjęła decyzję o wydaniu albumu kompilacyjnego, który zawierałby ulepszone technicznie wersje znanych przebojów grupy oraz dwa nowe nagrania zrealizowane z Felicjanem Andrzejczakiem, jej nowo wybranym wokalistą. Sięgnięcie do starego repertuaru skłoniło ich, zgodnie z zasadą, której trzymali się do końca kariery, aby do ich odtworzenia zaprosić oryginalnego wokalistę - Krzysztofa Cugowskiego.
Jednocześnie przyjęty na miejsce Czystawa Andrzejczak w swojej roli sprawdzał się tylko częściowo - jego głos w Jolka Jolka, Czas Ołowiu i Noc Komety stanowił ciekawy dodatek do ugruntowanego brzmienia zespołu, ale udział wokalisty okazał się epizodyczny. Dość przypadkowo zaważył o tym właśnie powrót do starych nagrań - obecność Cugowskiego na sesjach do 1974-1984 sprawiła, że zdecydowano się na ponowne podjęcie z nim współpracy. Ostatecznie zapowiadany kolejny, tym razem studyjny album, nagrany najpierw z Andrzejczakiem wylądował na półce, a materiał zaśpiewał Cugowski.


Wydany pod koniec 1984 roku album Czas czekania, czas olśnienia był zwrotem w nowym kierunku muzycznym. Zespół wykonujący dotychczas post-rockandrollowy rock ukuty w kompozycje pachnące Led Zeppelinem i rokujący bardziej jako weteran estrady, porzucił starą modę i zaprezentował się od zupełnie innej strony. Na swoim szóstym albumie studyjnym Budka nie tylko pokusiła się o nowoczesne aranżacje, ale też wykorzystała typowy dla siebie skład instrumentalny do stworzenia nowych brzmień.
Pierwszą stronę płyty rozpoczyna dość konserwatywny instrumentalnie, niemal kameralny, ale za to chwytliwy Cały mój zgiełk, singiel wiodący, który na  Liście Przebojów Trójki dobił do nieprzypadkowego pierwszego miejsca. Piosenka stała się przebojem, co pozwoliło jej znaleźć się w Telewizyjnej Liście Przebojów oraz być zaprezentowaną na festiwalu Opole 1985.


Znaczącą część pierwszej strony albumu zajmuje monumentalny utwór tytułowy, w którym Cugowski zaskakuje ogromem możliwości głosowych, pozwalających na stałe budowanie napięcia przez 10 minut jego trwania. Jednocześnie Tomasz Zeliszewski (perkusja) jak zwykle sprawdza się w roli bezbłędnego tekściarza, a Romuald Lipko - świetnego kompozytora i wszechstronnego aranżera, nie bojącego się postawić wszystkiego na abstrakcyjną elektronikę. Kolejnych mocnych pozycji na płycie nie brakuje - dość wspomnieć reggae'owe Zmiany w organizmie, Wyspy bez nazw czy nawet pseudo-synth-popowy Dobrej zabawy nigdy dość, w którym Lipce zarzucano nawet zabawę w Kombi.


Ale ani Budce Suflera, ani jej głównemu motorowi twórczemu naśladowanie kogokolwiek nie było do niczego potrzebne. Po 10 latach budowania renomy grupa miała na koncie kilka udanych płyt, na których prezentowała różne style, od hard rocka po soul, a także zdołała wypromować dwie wokalistki polskiej sceny - Izabelę Trojanowską i Urszulę przy pomocy bezkonkurencyjnego, świeżego repertuaru. Lipko wielokrotnie wyłaniany był w plebiscytach na najlepszego kompozytora muzyki rozrywkowej w kraju, a Budka - wybierana na najlepszy polski zespół. I choć czasy były dla takich artystów dość łatwe (z powodu niewielkiej konkurencji, którą ograniczała kontrola młodych wykonawców i praktyczne zamknięcie możliwości swobodnego odwiedzania Polski przez artystów zagranicznych), to trzeba przyznać, że nakłady płyt zespołu robiły wrażenie: zarówno pół-kompilacyjny 1974-1984 jak i nowoczesny Czas czekania, czas olśnienia były jednymi z najpopularniejszych płyt roku 1984. Sprzedały się one odpowiednio w 220 i 110 tysiącach egzemplarzy, co umieściło Budkę w ścisłej czołówce.
Czas czekania, czas olśnienia tchnął silny wiatr w skrzydła okrętu Budka Suflera, którym do tej pory powodowały boczne podmuchy w postaci licznych zmian w składzie oraz projekty dodatkowe realizowane niejako bardziej akonto promowanych wokalistek, a mniej służące popularności grupy. Po dekadzie działalności dyskografia zespołu została poszerzona o jedną z ich najlepszych płyt, co pomogło im także zyskać kolejne rzesze nieco młodszych fanów. Jednocześnie Cugowski potwierdził, że z jego charakterystycznym, krzykliwym wokalem Budka Suflera będzie działać jeszcze długie lata.

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia okładka albumu

Izabela Trojanowska - IZA (LP)

Izabela Trojanowska budowała swoją karierę długo, a gdy już znalazła się na szczycie, jej sława trwała zaledwie przysłowiowych 5 minut. Po latach powracała kilkukrotnie, ale to właśnie z jej debiutu w roku 1980 wyprodukowanego przez zespół Budka Suflera pamiętana jest dziś najlepiej.

Izabela Trojanowska - IZA okładka albumu

Wbrew pozorom Trojanowska nie zawsze śpiewała charakterystyczną dla siebie mamroczącą barwą głosu - jej występy na festiwalu Sacrosong (1971), Festiwalu Piosenki Radzieckiej (1972) oraz Opolu 1972 przedstawiały ją w dość typowym wtedy dla polskiej piosenki repertuarze, z którym dziś się jej nie kojarzy. Przy okazji zajmujących czas wtedy 16-letniej Izy imprez dyrektor szkoły, do której uczęszczała uznał, że w nagrodę za dokonania artystyczne należy ją stamtąd wyrzucić. W kolejnych latach słuch o niej zaginął ze względu na podjęte studia wokalno-aktorskie. Choć Trojanowska próbowała sił jako aktorka, dopiero jej powrót do śpiewania w 1979 roku okazał się dla niej przełomowy.

Izabela Trojanowska - IZA okładka albumu

Zawrotnej karierze Izy pomógł, jak to często bywa, czysty przypadek. To, że zespół Budka Suflera przystał na współpracę z wokalistką wynikało m.in. z prozaicznego powodu, jakim była nagła śmierć Anny Jantar w marcu 1980.
Już w kwietniu 1980 roku w programie telewizyjnym Fonogama Iza otrzymała nagrodę publiczności za wykonanie piosenki Tyle samo prawd, ile kłamstw, a w Radiowym Studio Gama - zajęła pierwsze miejsce. Rockowy sznyt, jaki nadał utworom Romuald Lipko (lider Budki) oraz drapieżny głos Izy były inspirowane modą Zachodnią (spod szyldu Pat Benatar tudzież Blondie), ale stanowiły na polskim rynku unikat, przynajmniej w wydaniu głównego nurtu. Choć istniały już wtedy zespoły z gatunku Maanamu, ich dokonania zaliczały się do działalność artystów młodzieżowych, na którą nadal patrzono z przymrużeniem oka.

 

Potem wszystko potoczyło się jeszcze szybciej: wokalistka zrobiła furorę na Krajowym Festiwalu Piosenki Opole 1980, gdzie wykonaniem Tyle samo prawd oraz premierą Wszystko czego dziś chcę zdobyła nie tylko tytuł Miss Obiektywu imprezy oraz nagrodę specjalną za interpretację piosenek, ale też  uznanie publiczności, uwadze której nie mogła tak po prostu umknąć ubrana w garnitur i krótko ścięta dziewczyna śpiewająca o chęci wyzwolenia się z męskich objęć. Podobnie przyjęto występ Izy na festiwalu w Sopocie, gdzie w międzynarodowym konkursie wytwórni fonograficznych zajęła II miejsce.


Sukces artystki zaowocował wydaniem przez wytwórnię Tonpress singla Tyle samo prawd/Komu więcej, komu mniej. Piosenki zyskiwały na popularności - na listach TOP10 Magazynu Muzycznego NON STOP Tyle samo prawd dotarł do miejsca drugiego, a Wszystko czego dziś chcę - pierwszego.
Artystka wraz zespołem nie próżnowali i przez resztę roku nagrywali jej debiutancki album a także ruszyli we wspólną trasę. Owocem nagrań stał się najpierw pierwszy w historii polskiej fonografii maxi-singiel Nic za nic/Sobie na złość, a w ostateczności album zatytułowany IZA wydany w lutym 1981. W międzyczasie artystka zdobyła nagrodę za singiel i przebój roku (Wszystko czego dziś chcę) w plebiscycie wspomnianego wyżej miesięcznika, choć krytycy, wyrażali mieszane uczucia wobec jej zdolności interpretacyjnych piosenek. Roman Rogowiecki podsumował Tyle samo prawd, ile kłamstw jako "autentycznie rajcowny numer recytowany żadnym - szalenie ostatnio modnym głosem".

Słychać to na wydanej płycie LP, gdzie oprócz ciekawych kompozycji Lipki, osoba wokalistki raczej nie zachwyca, a wykonywane utwory wydają się bardziej zadeklamowane albo wykrzyczane (Sobie na złość, Nic za nic), niż zaśpiewane. A jeśli już tekst ma tonację, to barwa wokalu tylko czasami wykracza poza średnią krajową, co udowadnia chociażby utwór Jestem twoim grzechem. Z kolei praktycznie ani razu nie zawodzą nas aranżacje autorstwa Lipki (może oprócz pseudoludowego Pytania o siebie) oraz udział instrumentalistów zespołu, w tym będącego jeszcze wtedy jego członkiem Jana Borysewicza.


Oprócz niekwestionowanych dwóch przebojów, o których sporo było wcześniej, na krążku wyróżnia się Tydzień łez (świetna aranżacja ze wstępem gitary basowej i saksofonu połączona z emocjonalną interpretacją tekstu Mogielnickiego), Nic za nic z bardzo chwytliwym riffem gitarowym oraz Sobie na złość - inspirowany Call Me w wykonaniu Blondie autorstwa Giorgio Morodera. Na LP zabrakło Liczy się tylko czas utworu autorstwa Ryszarda Poznakowskiego przearanżowanego przez Lipkę z dość pretensjonalnego disco na wersję wykonywaną w recitalu telewizyjnym wokalistki z listopada 1980 zatytułowanym Lunapark.


Płyta broni się nie tylko ze względu na obecność Budki Suflera, ale też dzięki spójnemu przekazowi i wyraźnej konsekwencji muzycznej i tekstowej, której próżno było szukać na albumach innych polskich artystów w owym czasie. Wielu z nich nadal rozumiało album długogrający jako składankę swoich przebojów wydawanych w ciągu kilku lat bądź znanych z występów festiwalowych albo telewizyjnych. Trojanowska jako jedna z nielicznych polskich wykonawców pop otrzymała szansę na spójny debiut, czego nie można było powiedzieć o wielu, w tym legendarnym Bajmie i jego LP Bajm z 1983 roku czy Bandzie i Wandzie (debiutancka płyta z 1984 roku).


Pomimo wymienionych mankamentów album IZA zasługuje na miano jednej z lepszych polskich płyt roku 1981, mimo, że sam album, ponoć z przyczyn technicznych, został wydany jedynie w ilości 50 tys. egzemplarzy i pomimo ogromnego popytu nie miał szans przebić wyniku promujących go singli. Te z kolei, według stanu na przełom lat 1980/1981, rozeszły się w liczbie, bagatela, ponad 200 tys. egzemplarzy. Dość powiedzieć, że w lutym 1981 roku Izie wręczono Złotą płytę za singiel Tyle samo prawd.../Komu więcej, komu mniej.

Promocja wspólnych dokonań Trojanowskiej i Budki postępowała - jeszcze w grudniu wystąpiła ona w telewizji czeskiej (co było zapewne główną motywacją do nagrania przez Michala Davida czeskiego coveru Wszystko czego dziś chcę o wdzięcznym tytule Dívka na inzerát), TV Rostock (NRD) w styczniu 1981, a także w ramach serii koncertów z zespołem w lutym 1981. Niestety, parafrazując tekst piosenki autorstwa Andrzeja Mogielnickiego, nie nie mogło wiecznie trwać.
Współpraca artystki z zespołem z nie do końca jasnych do dzisiaj przyczyn została przerwana. Choć w wywiadzie udzielonym w lipcu 1981 roku tłumaczyła ona ten swoisty "rozwód" różnicami stylistycznymi, dało się odczuć atmosferę nieporozumienia.

Tak czy siak, w majowym, bardzo słabo ocenianym występie wokalistki na festiwalu Rock Arena w Poznaniu zaśpiewała ona z początkującym wtedy wrocławskim zespołem rockowym Stalowy Bagaż. Jakby tego było mało, Pieśń o cegle, piosenka o dużym potencjale na przebój, którą wspólnie nagrali okazała się klapą, bo występ Trojanowskiej na Opolu 1981 w stroju składającym się m.in. z czerwonego krawatu Związku Młodzieży Polskiej uznano, chyba najbardziej w oczach mediów komunistycznej propagandy, za obrazoburczy i niesmaczny. Po owacjach słyszanych w nagraniu transmisji telewizyjnej widać, że młoda opolska publiczność była z goła innego zdania. Jednak to nie przeszkadzało mediom albo artystkę sponiewierać, albo, co gorsza, cały występ po prostu w relacjach pofestiwalowych pominąć.


Ale na przekór oburzeniu, kontrowersyjny, krytykujący w zawoalowany sposób ustrój komunistyczny tekst autorstwa Mogielnickiego, który w połączeniu z punkową stylistyką utworu wyraźnie nawoływał do buntu zdecydowanie wybił się poza resztę wykonawców słabego muzycznie festiwalu, po raz pierwszy organizowanego bez udziału telewizji. Pieśń o cegle Jest też ostatnim dużym przebojem Trojanowskiej.

Izabela Trojanowska - IZA okładka albumu

Przewidywalny, oceniany często jako "nijaki" charakter interpretacji wokalnej obecnej w kolejnych nagraniach wokalistki, feralny występ na Opolu 1981, jej wyjazd do Stanów Zjednoczonych, ogłoszenie stanu wojennego a w końcu wyprowadzka na Zachód skutecznie odsunęły Trojanowską od kariery muzycznej w Polsce i na lata słuch o niej zaginął. Wróciła dopiero w nowym ustroju, choć jej późniejsza działalność zawsze oparta była na mocnym debiucie, w którym pomogła jej mieszanka profesjonalizmu producentów z Budki Suflera, kontrowersyjny, "bezpłciowy" image oraz... niezaprzeczalny urok osobisty.

Źródła:
Magazyn Muzyczno-Rozrywkowy NON STOP, 1980-1981.

2 plus 1 - Bez limitu

2 plus 1 - Bez limitu okładka albumu

Z początkiem lat osiemdziesiątych zespół 2 plus 1 stopniowo zaczął oswajać się z myślą, że pomimo trudnych dla artysty realiów PRL-u, budowanie kariery w kraju jest jednak o wiele łatwiejsze niż zagranicą. Materiał nagrany na ich dwie anglojęzyczne płyty Easy Come, Easy Go (1980) oraz Warsaw Nights (1981), wydane m.in. w RFN-ie przez kilka lat promocji nie zrobiły na nikim specjalnego wrażenia. Z kolei wydany po nich pierwszy od kilku lat singiel w języku polskim, Iść w stronę słońca, przyniósł nieoczekiwany sukces. Grupa, pomimo obowiązującego stanu wojennego, nagrała w Niemczech w listopadzie 1982 roku Rocky Doctor, swój ostatni singiel zagraniczny, który także przepadł bez wieści. Jasnym musiało być dla nich, że wobec panującej sytuacji politycznej trudno będzie dalej walczyć i podbijać rynki wrogiego nam kapitalizmu. Poza tym, wbrew temu, co mówiła PRL-owska propaganda uzasadniając niedostępność wspomnianych dwóch LP, ich płyty na Zachodzie wcale się nie sprzedawały, a przynajmniej dziś nie ma na to dowodów. Wobec tego stało się bardziej niż oczywiste, że zespół 2 plus 1 ukierunkuje swoje działania na rynek polski.


Na efekty tego światopoglądowego zwrotu nie trzeba było długo czekać, bo już od roku 1982 zespół przystąpił do nagrywania swojego ósmego albumu długogrającego. Bez Limitu wydany w 1983 roku to chyba najbardziej radykalna zmiana stylistyczna w historii tria. Dawne lekkie utwory 2 plus 1 zastąpiły kompozycje bardziej nowoczesne, luźno naśladujące elektroniczną nową falę, która od przynajmniej dwóch lat skutecznie zatapiała dawną modę na disco i rocka na całym świecie.


10 kompozycji Janusza Kruka i Cezarego Szlązaka powstały do słów jednego z najbardziej prominentnych wtedy tekściarzy Andrzeja Mogielnickiego. Najlepszymi z nich okazały się utwory tematycznie poważne, które wypełniła pełna niepokoju elektronika. Piosenki Requiem dla samej siebie, XXI wiek (Dla wszystkich nas), Gorące telefony czy Superszczur to prawdopodobnie najbardziej charakterystyczne single pierwszej połowy lat osiemdziesiątych w Polsce. Wszystkie cztery piosenki razem wpasowywały się w panujący wśród artystów pesymizm wynikający z utraty sporej części wolności w okresie stanu wojennego: awangardowy Superszczur przedstawia ten koncept w ciekawy, abstrakcyjny sposób, Gorące telefony to wyrażenie strachu przed następstwami nieodpowiedzialnych decyzji, jakie podejmowane były we wrogich sobie mocarstwach, a XXI wiek  stawia pytania o niepewną przyszłość w ogóle. Z tych czterech utworów jedynie Requiem wydaje się bardziej osobiste i uniwersalne.

Niestety te 4 mocne pozycje pozytywnie wyróżniają się spośród reszty utworów z płyty. Zarówno pozostałe pojawiające na liście przebojów Trójki Nic nie boli oraz Gdy grali dla nas Rolling Stones, ani utwory stricte albumowe - Boogie o 7 zbójach albo China Boy, są tak bardzo kiczowate i nieprzemyślane, że trudno przez nie przebrnąć. Jak zauważali krytycy, mający wspominać Rolling Stones utwór nie ma nic wspólnego z ich muzyką, a na dodatek nie broni się ani tekstowo, ani muzycznie, Boogie o 7 zbójach nie jest faktycznym boogie, a maniera wokalna skądinąd utalentowanej wokalistki Elżbiety Dmoch, która objawia się przesadnie drapieżną, pretensjonalnie krzykliwą barwą wielu utworach jest nie do zniesienia.


Choć te mieszane uczucia wobec albumu wydają się uzasadnione, innego zdania byli fani zespołu, którzy album docenili, zapewne przez to, że z wyjątkiem anglojęzycznych LP (w Polsce i tak w zasadzie niedostępnych) 2 plus 1, zespół kazał czekać na nowe piosenki aż 4 lata. Dzięki obecności w mediach, na którą składała się m.in. realizacja klipów w Telewizyjnej Liście Przebojów oraz dobrze przyjęty awangardowy recital na festiwalu Opole 1983, Bez Limitu przebiła świetny wynik 150 tysięcy sprzedanych egzemplarzy i zdobyła status złotej płyty. Bez względu na noty, grupa raz jeszcze na chwilę znalazła się na ustach wszystkich.


2 plus 1, które do tej pory uchodziło za przemijającą gwiazdę poprzedniej dekady pokazało się od zaskakującej strony. Szkoda tylko, że promowany nowy image, jaki zbudowali swoimi nowymi elektronicznymi przebojami i drapieżnym stylem, zachowawczo dopełnili na płycie kiepskim materiałem. Pomimo niedostatków doczekała się ona następczyni w postaci LP Video z 1985 roku. Jej zawartość przypomina stylistycznie bestseller z 1983 roku, choć nie był już tak wielkim zaskoczeniem. Bez Limitu to także ostatni sukces zespołu - żadnemu z kolejnych wydawnictw, zarówno tych wydanych przed, jak i po rozwiązaniu 2 plus 1 nie udało się odzyskać dla grupy popularności. Dziś pamięta się ją raczej z pierwszego okresu działalności, gdy ich repertuar wypełniał folkowy pop, często zapominając szereg naprawdę niezłych przebojów z lat osiemdziesiątych.

Bajm - Dwa serca, dwa smutki

Zespół Bajm to historia przeobrażeń, zmian koncepcji, składów i stylów. Pomimo wielu zawirowań grupa umiała pozostać zapamiętaną i mimo, że miała swoje gorsze momenty, to jako jeden z nielicznych polskich wykonawców zdołała pozostać na topie, przez niemal 40 lat wydając single, z których co jakiś czas wyłaniał się przebój. Po opolskim sukcesie z Piechotą do lata w roku 1978, kiedy to po raz pierwszy zapisali się w historii polskiej muzyki, przyszedł czas na debiutancki longplay z 1983 roku, który obrodził hitami. Następnym kamieniem milowym karierze Bajmu był dziś nieco zakurzony, ale rozpoznawany i lubiany przez większość Polaków Dwa Serca, Dwa Smutki.


Piosenka, podobnie jak większość kompozycji do tamtego momentu została skomponowana przez rodzeństwo Jarosława i Beatę Kozidraków na trzecią płytę Bajmu zatytułowaną Chroń Mnie. Spośród wszystkich utworów jest w zasadzie jedyną napisaną na surową elektronikę z niewielkim tylko dodatkiem gitary elektronicznej. Jest też jedną z pierwszych spokojnych piosenek zespołu, które zaczęły stopniowo wypełniać coraz większy procent ich repertuaru. To na nich Beata zaczęła zdradzać tendencje do śpiewania lirycznie, niemal ckliwie, w przeciwieństwie do pseudo-rockowego image'u, jaki prezentowała do tej pory w takich hitach jak Nie ma wody na pustyni, Józek, nie daruję ci tej nocy czy Co mi Panie dasz. Dość unikalna jak na Bajm oprawa piosenki - syntezatory wygrywające akordy oraz programowany elektroniczny bas nakreślają bardzo surowy, niemal sterylny krajobraz, do którego dołącza zimny, zaniepokojony głos wokalistki.

Bajm - Dwa serca, dwa smutki okładka singla

Całości klimatu dopełnia nakręcony z kapitalistycznym rozmachem klip do piosenki. Teledysk kręcono między innymi w Hotelu Victoria, miejscu często goszczącym ekipy filmowe i telewizyjno, bo jako jeden z niewielu budynków w Polsce przypominał Zachodnie. Unikalne były też stroje noszone przez wokalistkę, która w udawanych spazmach rozpaczy ucieka przed dawnym kochankiem.


Dwa Serca, Dwa Smutki okazał się sporym hitem - promujący LP Chroń mnie utwór doczekał się zasłużonego 1-ego miejsca na Liście Przebojów Programu Trzeciego. Do dziś pozostaje też jednym z chętniej wykonywanych utworów Bajmu. Zarówno styl śpiewania obecny w piosence jak i image wokalistki przedstawiony w teledysku do niej zrealizowanym w dużej mierze złożył się na kierunek, jaki później miał obrać zespół.

2 plus 1 - Iść w stronę słońca

Zespół 2 plus 1 to gwiazda PRL, która rozjaśniała jego scenę muzyczną przez wiele lat różnymi kolorami. Choć utarło się określać go mianem zespołu pop-folkowego, faktycznie był wszechstronny i zwykle grał to, co aktualnie było w modzie. Nie dziwiło więc, że pod koniec lat siedemdziesiątych grupa próbowała podbić zagraniczne rynki anglojęzycznymi płytami w stylu disco. Po krótkiej i, jak na ówczesną Polskę, zawrotnej karierze w RFN, postanowiła jednak skupić się na rynku rodzimym. Zanim nastąpił zwrot stylistyczny w kierunku synth-popu i elektroniki, nagrali oni jeden utwór, który jeszcze raz potwierdził ich status jednego z najważniejszych polskich artystów - Iść w stronę słońca.

2 plus 1 - Iść w stronę słońca

Utwór był jednorazową przygodą, sentymentalnym ukłonem w stronę dawnej folk-popowej kariery, jaką zespół zrobił niemal dekadę wcześniej. Zapewne dlatego mało kto pamięta, iż Iść w stronę słońca powstał dopiero w 1981 roku, dawno po klasykach pokroju Chodź, pomaluj mój świat, Windą do nieba oraz Wstawaj, szkoda dnia, między wydaniami dość tandetnych disco-dzieł autorstwa niemieckich producentów, które zespół pokornie nagrywał w nadziei na wybicie się poza Polską.


Tekst piosenki stworzył czołowy polski autor Andrzej Mogielnicki, któremu grupa zawdzięcza gros swoich hitów. Choć w czasach komunistycznych popularna była interpretacja utworu jako wzorowej piosenki dla młodzieży (wygrał nawet nagrodę w konkursie radiowym na taką właśnie kompozycję), był to uniwersalny, beztroski utwór o pięknie życia, których sporo było we względnie kolorowych dla Polski czasach Gierka.

2 plus 1 - Iść w stronę słońca

Jednocześnie był to tak naprawdę ostatni optymistyczny tekst 2 plus 1 - niespełna kilka miesięcy po jego wydaniu, ogłoszono stan wojenny. Nastroje zespołu, podobnie jak większości polskich artystów, gwałtownie spadły, co znalazło odzwierciedlenie w ich twórczości. I tak jak nieźle prosperująca Polska lat siedemdziesiątych odeszła w niepamięć, tak evergreeny w stylu Iść w stronę słońca zastąpiły ciężkie, przygnębiające Wielki mały człowiek (Ojciec kraju), XXI wiek (Dla wszystkich z nas) oraz Superszczur.

Kombi - 4

Zespół Kombi na zawsze pozostanie symbolem polskich lat 80-tych. Grupa pod wpływem zachodnich trendów elektronicznych zmieniła się z "młodzieżowego", jak to się wtedy mawiało, zespołu rockowo-popowego w pierwszego poważnego polskiego wykonawcę synth-pop. Ich muzykę znają dziś niemal wszystkie pokolenia, nawet jeśli ta znajomość ogranicza się tylko do hitów w postaci Słodkiego miłego życia, Black and White, Nasze randez vous czy w końcu fragment Bez ograniczeń użyty w czołówce programu 5-10-15. Może ogólnie, jak sugeruje uszczypliwe powiedzenie „Gra i trąbi zespół Kombi”, większość Polaków traktuje ich muzykę z dystansem, ale ich albumy miały ogromny wkład w rozwój polskiej sceny muzycznej w bardzo trudnych dla niej czasach.

Tak więc nie zaskoczył nikogo sukces, nieoczekiwanie odniesiony płytą o proroczej nazwie Nowy rozdział, na której zespół zaprezentował nowe i, jak na Polskę, unikalne brzmienie oraz image. Jednak „nadwiślański Duran Duran”, bo do tej grupy brytyjskiej śmiało można zrównywać przebojowość niektórych utworów Kombi, doprowadził swój styl do perfekcji tak naprawdę na swojej czwartej płycie – 4.

Kombi - 4 okładka albumu

Longplay został wydany pod koniec roku 1985 jako przewidywalna kontynuacja mieszanki synth-popu z rockiem z płyty poprzedniej. Zarejestrowane utwory zostały napisane przez czterech członków zespołu do słów m.in. Jacka Cygana i Marka Dutkiewicza. Zapewne wobec sukcesu Słodkiego miłego życia oraz niedoborów tego typu muzyki na polskiej scenie, zespół miał dowolność w pisaniu piosenek. Mogli nagrać to, co chcieli, działając, nomen omen bez ograniczeń. Może poza faktem, że syntezatory i automaty perkusyjne, które posiadali musieli sprowadzić z Zachodu, ale o dziwo przed nagraniami po raz kolejny im się taka operacja udała: Łosowski zakupił Yamahę DX-7, komputer perkusyjny Yamaha RX-11 oraz komputer Commodore 64.

Swoistą prezentacją możliwości nowego sprzętu jest wstęp do płyty – kilkudziesięciosekundowy Kombi Music, w którym słychać bogactwo różnych brzmień oraz - i tu zaczyna się prawdziwy szał – zsamplowany i przetworzony przez sampler Ensoniq Mirage głos Łosowskiego, który stał się bohaterem występów zespołu w kolejnych latach. Jest to zresztą tylko jedno z wielu przykładów użycia na płycie sampli, które powracają m.in. w instrumentalu Zaczarowane miasto.

Kombi - 4 okładka albumu

W porównaniu z Nowy rozdziałem piosenki na 4 zyskały na przejrzystości, więcej było w nich wyselekcjonowanych, różnorodnych brzmień (zasługa głównie władającego elektroniką zespołu Sławomira Łosowskiego), a wstawki gitarowe Grzegorza Skawińskiego, choć nadal celne i ciekawe, zostały zneutralizowane i zminimalizowane. To wszystko skutkiem tego, iż zespół nie musiał się już oswajać z możliwościami elektroniki, bo dobrze je już znał. Dość powiedzieć, że pomimo posiadania w składzie perkusisty, zespół wiele z tych utworów programował.

Swobodę w użyciu instrumentów zdradzają zarówno hiciory, takie jak Black and White, złożony z trzech świetnych motywów, połączonych w imponująco spójną całość, jak i utwory mniej znane – Lawina – kamień do kamienia (drapieżnie rockowy utwór Waldemara Tkaczyka) czy Za ciosem cios (elektroniczny up-beat Łosowskiego). Oprócz energicznego popu, płyta zawiera też momenty spokojniejsze, ale niemniej interesujące – Szukam drogi, nieco dziwny, niełatwy harmonicznie Kim jestem - kim byłem do słów Dutkiewicza czy w końcu świetną popową "pościelówkę" Skawińskiego - Nasze randez vous.


Niemającym porównania na polskim rynku brzmieniom nowych utworów Kombi pomagała, co również było u nas nowością, przemyślana promocja wizualna zespołu: dwustronną pełną okładkę wydania płyty (którą na szczęście postanowiono odtworzyć także w reedycji CD) wypełnia rewelacyjny kolaż Andrzeja Tyszki, wybitnego polskiego fotografa i projektanta tamtych lat, a image zespołu zarówno na zdjęciach jak i występach podkreślał wpływy noworomantyczne (fryzura wokalisty "na płetwę" oraz ich ubrania).

Ponadto single Black and White i Nasze randez vous doczekały się wyreżyserowanych przez Juliusza Machulskiego klipów, które były, co również w tamtych czasach dość rzadkie, w pełnym tego słowa znaczeniu teledyskami, a nie, jak to często bywało zapisami występów zespołów w ramach Telewizyjnej Listy Przebojów ograniczonymi możliwościami technicznymi i finansowymi tejże. Wszystkie te elementy składały się na popowy majstersztyk, wizytówkę polskiej muzyki tamtych czasów, której realizacja, jak nie trudno zgadnąć, wymagała wtedy determinacji większej niż w krajach, w których jedyną przeszkodą mogły być pieniądze.

Kombi - 4 okładka albumu

Ale oprócz okołomuzycznych aspektów działalności zespołu w ramach longplaya 4, nie należy zapominać, że bez dobrej muzyki, wszystko to nie byłoby, parafrazując Niech żyje bal „Zachodu warte”. Tu zresztą zdania są podzielone - czwarta płyta Kombi tak jak i w ogóle idea synth-popu, nie tak bardzo spodobała się rodzimym krytykom. Ich choć trudno dyskutować o gustach, to niektóre głosy świetnie oddawały skostniałe obyczaje panujące w Polsce. Przykładem może tu być recenzja płyty w Magazynie Muzycznym Non stop, w której zarzucano popowemu na wskroś Kombi niski poziom muzyczny nagrywanego materiału przy wysokim poziomie umiejętności grupy, a ich utworom "brak jednolitego charakteru literackiego". Tak właśnie.


Odmiennego zdania byli słuchacze. Album 4 musiał należeć do popularniejszych wydawnictw roku, bo osiągnął status złotej płyty, a więc sprzedał się w minimum 160 tys. egzemplarzy. Z kolei na przestrzeni całego roku 1986 przez listę przebojów radiowej trójki przewinęło się aż 7 z (nie licząc krótkiego Kombi Music) 9-ciu utworów z longplaya! Co ciekawe, najlepsze wyniki osiągnęły Za ciosem cios (3. miejsce i 11-tygodniowy pobyt) i Black and White (9. miejsce), zaś jedna z bardziej znanych dziś pozycji zespołu, Nasze randez vous przebiła ledwie 40. pozycję.


Trzeba przyznać, że to głównie dzięki umiejętności pisania piosenek, a nie jedynie użyciu kilku elektronicznych piszczałek zespołowi udało się stworzyć płytę, która w polskiej fonografii lat osiemdziesiątych stanowi przykład jednej z niewielu realizacji na miarę tych z Zachodu. Gdyby ktoś zapytał wtedy, który polski zespół mógłby najlepiej zaprezentować możliwości naszego rodzimego „show-biznesu”, to byłoby to właśnie Kombi w momencie wydania LP 4. Niestety oprócz występów na targach muzycznych Midem '85 (jeszcze przed nagraniem "czwórki") oraz licznych występów za granicą (w przeciwieństwie do większości naszych artystów, granymi nie tylko dla Polonii w Chicago), Kombi nie przebiło się poza Polskę. W kraju sukces ich muzyki stopniowo przemijał i po latach odcinania kuponów zespół zawiesił działalność w 1992 roku.

Lombard - Śmierć Dyskotece!

Lombard - Śmierć Dyskotece! okładka albumu


W realizowanym na łamach Magazynu Muzycznego Non-Stop plebiscycie w kategorii Największe rozczarowanie roku 1982 trzecią lokatę otrzymała grupa, mająca stać się legendą polskiego rocka. W artykule Krzysztofa Wodniczaka w jednym z kolejnych wydań pisma jest jeszcze ciekawiej - Lombard określony jest tam mianem "firmy, która już w nazwie ma to, że preferuje wyprzedaż bubli". Mało tego, według autora najgorszą wokalistką roku jest Małgorzata Ostrowska (sic!), a całej grupie zarzuca on "niedostateczne przygotowanie zawodowe", a także "indolencję", "megalomaństwo" i "amatorszczyznę". Opinia ta wyrobiona zapewne pod wpływem początkowego zamieszania związanego z klarującym się przez długie miesiące składem zespołu oraz osobliwymi motywacjami do jego powstania ma w sobie ziarno prawdy, szczególnie w nazywaniu jego poczynań "pseudorockiem", ale zdradza też kompletny brak zrozumienia intencji grupy. A ta miała szybko dołączyć do kanonu polskiej klasyki rocka.

Nagrana w połowie 1982 roku Śmierć Dyskotece! wywoływała sporo emocji, a jej status w polskiej fonografii przypieczętowały m.in. wyniki sprzedaży, która miała według  nieoficjalnych źródeł osiągnąć niesłychany w owym czasie nakład 400 tysięcy egzemplarzy (tj. podwójnej złotej płyty). Ale robiący sporo zamieszania zespół nie przypadł do gustu krytykom. Dlaczego tak było i co zdecydowało o ostatecznym sukcesie debiutanckiej płyty rodzącego się w bólu Lombardu?


Na okoliczności powstania zespołu składa się wiele czynników, tyleż osobliwych, co typowych dla realiów polskiego "show-biznesu" przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wtedy to wśród kilkorga wychowanków niezwykłej dość szkoły, jaką było Studio Sztuki Estradowej, pojawiła się chęć stworzenia grupy wokalnej. Tak powstał Vist, którego jedną z prób odwiedził menedżer formacji Alex Band, Piotr Niewiarowski. Niesprzyjające realia i fakt, że ludzie ci nie mieli zbytniego obeznania z muzyką rockową zapewne opóźniło wykrystalizowanie się aspiracji grupy, repertuaru, a nawet, unikatowego jak na polskie realia, image'u. Nie mogło to jednak zniweczyć planów stworzenia czegoś nowego ani odrzucić od siebie łaknących wtedy takiej muzyki słuchaczy. W realizacji przedsięwzięcia pomogła współpraca ze znanym wtedy autorem piosenek Jackiem Skubikowskim. Ich pierwsza płyta powstawała z trudnościami, ale okazała się całkiem udanym debiutem.

Piosenka tytułowa jest zresztą tego najlepszym dowodem - ciekawie skonstruowanym połączeniem rocka z disco. Utwór śpiewany jest unisono przez wszystkich trzech ówczesnych wokalistów zespołu, Grzegorza Stróżniaka, Małgorzatę Ostrowską i Wandę Kwietniewską, co było chyba jedyną spuścizną po wokalnym charakterze Vistu. Jest on wymowną deklaracją buntu wobec rzeczywistości - zarówno muzycznej, jak i politycznej. Jeśli chodzi o tę ostatnią, to w późniejszych interpretacjach tekstu utożsamiano znaczenie wyrazu "dyskoteka" z czołgiem, a więc w tym kontekście - stanem wojennym. Utworu dziś słucha się jako prostego, chwytliwego rockowego kawałka, choć w momencie swojej premiery musiał dość mocno się wyróżniać - był głośny, całkiem nowatorski, ale też niewolny od kiczu (głównie przez nieco rozczarowujący refren).


Krokiem w stronę "prawdziwego" rocka jest mocny, ale odrobinę bezbarwny Na skróty do piekła, śpiewany przez Kwietniewską. W podobnym tonie, choć zdecydowanie bardziej wyraziście dzięki drapieżnemu wokalowi Ostrowskiej brzmi Droga Pani z TV. Genialny pop-rockowy utwór Skubikowskiego przełamywał nastrój markotnego rocka z dwóch poprzednich utworów. Tematem znów była krytyka realiów, a na widelec wzięto tym razem ogłupiającą społeczeństwo telewizję.

Następująca po nim Rdza to powrót do rockowego brzmienia w wykonaniu Stróżniaka - niestety tyleż rockowego, co nieprzekonującego. Ekspres stąd do nieba to nieco bardziej udany utwór w wykonaniu Kwietniewskiej, który zresztą stanowi zapowiedź stylistyki Bandy i Wandy - zgrabnej rockowej "łupanki" z kobiecym wokalem spod szyldu Pat Benatar albo Kim Wilde. Po rockowej szarpaninie czas na pierwszy utwór zasługujący na miano kultowego - Taniec pingwina na szkle. Piosenka znów ryzykownie, ale niezwykle trafnie kreśli niepokojący obraz peerelowskiego everymana:

W domach, jak klocki olbrzyma,
Rury zawyły ze strachu przed dniem.
Znów się zaczyna taniec pingwina na szkle.

Zwija śniadanie w gazetę,
Chowa pod skrzydła pysk blady, jak wosk.
Dziób mu się zgina, rośnie łysina od trosk.

Poza świetnym tekstem i muzyką Skubikowskiego na uwagę zasługuje wokal Ostrowskiej - donośny, przejmujący i zdradzający profesjonalne przygotowanie w zakresie interpretacji, co w połączeniu z rockowym brzmieniem daje efekt piorunujący.


Kolejny utwór to spora odmiana i ukłon w stronę nowoczesności. Po raz jedyny wysunięty na pierwszy plan zostaje miks futurystycznych gwizdów syntezatora i elektronicznego basu nadający taneczny, ale złowieszczy charakter Diamentowej kuli, piosence Stróżniaka do wydumanego tekstu Marka Dutkiewicza. Połączenie elektroniki z rockiem skutkuje naprawdę świetnym brzmieniem, choć mało wyrazisty jest tu wokalista.

Elektronika już niestety na płycie nie powraca - a szkoda. Następuje za to zwrot w stronę rocka w postaci irytującego Starego bólu, który swoją w swojej gonitwie ani nie pozwala słuchaczowi utworu zinterpretować, ani niespecjalnie daje zabłysnąć Ostrowskiej. Tym razem w rywalizacji lepiej wypada Wanda - w O jeden dreszcz świetnie wyraża ona wokalnie pożądanie, wtórując przyjemnym solówkom gitarowym. Szkoda tylko, że tym razem całość psuje miejscami mało przekonujący aranż. Z kolejnych utworów na wyróżnienie zasługuje jedynie utwór ostatni - Gwiazdy rock and rolla. Piosenka zakrawa na kicz, ale broni się swoją przebojowością dzięki galopującemu basowi w zwrotce oraz nie najgorszemu refrenowi.


Wydawać by się mogło, że album oprócz wspomnianych przebojów w postaci piosenki tytułowej, Drogiej Pani z TV i Tańca pingwina wydaje się z dzisiejszej perspektywy wybitny. Ale w owych czasach bardzo odróżniał się od reszty sceny muzycznej, w większości przypadków umiejętnie mieszając pop z rockiem i rzadką wtedy w polskim przemyśle muzycznym elektroniką. Mało tego, owej fuzji dokonała formacja początkująca, składająca się z członków może i kształconych w kierunku występowania na estradzie, jednak nadal razem "nieogranych". Na dodatek teksty części z piosenek nawiązywały do trudnej rzeczywistości początku dekady. Wielkim nieobecnym, któremu najlepiej udało się oddać tę przygnębiającą atmosferę był Przeżyj to sam. Utwór ten napisany przez Stróżniaka do słów Andrzeja Sobczaka był na tyle dobitny, że radiowa Trójka dostała ponoć zakaz jego emisji, a zespół - prawdopodobnie także jego publikacji. Melodyjny anthem trafnie odzwierciedlał przemyślenia osób niezadowolonych z problemów w kraju, lecz ukazywał się jedynie na płytach live, a jego wersja studyjna dodana została dopiero do kompaktowego wznowienia albumu z 1997 roku.

Przytoczone we wstępie słowa krytyki nie są adekwatne do tego, czym płyta była - zarówno artystycznie jak i pod względem tego, co znaczyła dla polskiej muzyki. Ale tego autor cytatu nie mógł wiedzieć, zresztą w pewnym stopniu mając rację co do czysto muzycznej warstwy materiału, jaki złożył się na album Śmierć Dyskotece! Niestety ma się na nim wrażenie chaosu wynikającego z mnogości wokalistów, stylów muzycznych oraz jakościowej nierówności piosenek. Nie można się oprzeć wrażeniu, że kilka z nich było zbędnych, a te lepsze wydają się nadal swego rodzaju kreacją stylu rockowego, a nie autentyczną jego realizacją. Przypomina to początkową działalność Blondie, która dekadę wcześniej powstała dla zabawy i dopiero po paru latach z żartu przemieniła się, głównie dzięki swojej ciężkiej pracy, w jeden z barwniejszych zespołów w historii muzyki pop.

Bez względu na te wady, Śmierć Dyskotece! to wierny obraz następujących w owych czasach przemian w polskiej muzyce rozrywkowej, kiedy pomimo niesprzyjających dla artystów warunków, znalazło się miejsce na realizację przedsięwzięcia muzycznego, które nie odbywało się pod auspicjami wszechobecnej władzy komunistycznej. Zapewne właśnie to przeoczenie z jej strony, utwory takie jak Przeżyj to sam, pozwoliło przemienić artystom muzykę PRL-u z tuby propagandy w coraz donośniejszy głos otwartej krytyki.


Obecnie pierwszy album Lombardu, podobnie zresztą jak i pozostałe, jest praktycznie niedostępny - zarówno wydania winylowe w przyzwoitej stanie jak i remastery CD są rzadkością. Dla tych, którzy chcą posłuchać płyty w całości i w oryginale pozostaje jedynie YouTube albo odrobina szczęścia w eksploracji bezkresu Internetu. Smutnym jest fakt, że legendarną płytę sprzed 30 lat było w gruncie rzeczy dużo łatwiej kupić w czasach najgłębszej komuny niż w wolnej, nowoczesnej Polsce.

Lombard - Śmierć Dyskotece! okładka albumu

Anna Jurksztowicz - Diamentowy Kolczyk


Osoba Anna Jurksztowicz kojarzy się nieodłącznie z działalnością jej męża Krzesimira Dębskiego. To właśnie z piosenek do seriali i filmów z jego muzyczną oprawą jej głos znany jest od wielu lat większości Polaków. Mało kto nie słyszał melodii do Matek, żon i kochanek, Na dobre i na złe, Rancza czy nawet obchodzącego już 30-lecie Kingsajzu. Ale choć wokalistka znana jest głównie z napisanych przez męża serialowych piosenek, to początki popowej kariery Anny w PRL były nie tylko bardziej obiecujące, ale i swego czasu dość głośne.
Anna od początku swojej solowej działalności wykonywała piosenki Krzesimira. Na jej debiutanckim albumie Dziękuję, nie tańczę znalazł się utwór, którego wykonanie na Opolu 1985 wywołało emocje podobne do tych wzbudzanych przez niedawne Rolowanie w wykonaniu Nataszy Urbańskiej. Młodszym przedstawiam, a starszym przypominam Diamentowy kolczyk - jeden z najdziwniejszych utworów w historii polskiej piosenki pop.


Piosenka powstała tak naprawdę jako pierwszy przejaw solowych aspiracji Anny. Został wykonany na Krajowym Festiwalu Piosenki w Opolu w 1985 roku i to ten występ przyniósł mu popularność, wywołując u widzów zarówno zachwyt, jak i odrazę, a częstokroć także zdziwienie. Utwór jest typową kompozycją muzyczną Krzesimira Dębskiego - sporo w nim charakterystycznych zabiegów, np. modulacji (czyli zmian tonacji), względnie rzadkich dla popu. Przez to również jest też dość skomplikowany melodycznie, a więc trudny zarówno w wykonaniu jak i odbiorze. Ale to muzyczne dziwadło dodatkowo charakteryzuje się dwoma zmiennymi nastrojami - napisane w dwóch różnych tonacjach refren z bridge'em i zwrotka zdają się zestawione ze sobą w zupełnie losowy sposób. Z jednej strony słyszymy dość niepokojący, pełen nowoczesnych brzmień podkład zwrotki, z drugiej - rozbrajająco banalny, wręcz tandetny refren, utrzymany w reggae.
Tekst piosenki autorstwa Jacka Cygana niestety sprawy nie ułatwia -

Warianty i fanty,
przemowy, ból głowy,
obrazki z Nebraski? Oh, no!

Kryzysy, nawisy.
owacje, frustracje.
posesje, obsesje. Już dość!

Five, six, seven, eight,
dzisiaj można, jutro nie!
Banki nie chcą, skąd ten tłok?
Drugi cel i wyższe dno?

Diamentowy kolczyk,
łez kropelka słodka,
co tu kryć, nie znaczy nic.
za to cieszy mnie.

W jednym z wywiadów, Anna zaciekle broniła piosenki, przedstawiając tytułowy diamentowy kolczyk jako symbol marzeń młodej dziewczyny, która w czasach głębokiej komuny o dobrobycie i pięknym życiu mogła jedynie pomarzyć. Teksty Jacka Cygana nie raz temat owej sytuacji politycznej podejmowały, ale jeśli został on tu poruszony, to najwyraźniej zostało to bardzo udanie zakamuflowane. Wrażenia dezorientacji dopełnia finał piosenki, którą Anna kończy słowami:
Gdy się jutro dowiem,
że go muszę oddać,
zrobię sobie nowy,
jest w końcu tyle szkła.

La, la, la...

To wrażenie było na tyle silne, że pomimo 1-szej nagrody na koncercie Mikrofon i Ekran w ramach wspomnianego Opola '85, publiczność nie do końca przekonana była o tym, czy jest to wybór słuszny. Do dziś Diamentowy kolczyk funkcjonuje jako jeden z punktów zapalnych w dyskusji o muzyce tamtych lat - jedni rozumieją go jako żart, inni śmiertelnie poważnie, jeszcze inni - nie rozumieją go w ogóle.


Moje porównanie z Rolowaniem może się wydawać szukaniem analogii na wyrost, ale podobieństw pomiędzy piosenkami i ich wykonawcami jest sporo: status obydwu wokalistek jest/był obiektem kontrowersji ze względu na silne pozycje ich mężów w polskim świecie muzyki - Krzesimira Dębskiego jako kompozytora muzyki filmowej oraz Janusza Józefowicza - speca od musicali. Poza tym, obydwie piosenki mają dość niejasny tekst zawierający dużą dawkę gier słownych, co w obydwu przypadkach tylko utrudnia ich interpretację i skazuje na mało wyszukaną krytykę. Dodatkowo, obydwie też w warstwie muzycznej nie są typowymi utworami pop - utwór wykonywany przez Nataszę to w dużej mierze melodeklamacja bez typowej dla gatunku konstrukcji, za to z bardzo dezorientującym aranżem. Na koniec pozostaje podobna reakcja ze strony słuchaczy: tak jak Diamentowy kolczyk, Rolowanie także stało się obiektem zarówno dość silnego "hejtu", jak i prób konstruktywnej krytyki.

Prawa autorskie

Tekst: Wojciech Szczerek

Licencja Creative Commons

BornInThe80s
by Wojciech Szczerek is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

Licencja obejmuje wszystkie artykuły oraz tłumaczenia tekstów piosenek z wyjątkiem oryginalnych tekstów piosenek.

Wszystkie zdjęcia okładek oraz teksty piosenek są dziełem oryginalnych twórców i podlegają prawu autorskiemu.