Born in the 80s

Blog o muzyce lat osiemdziesiątych... i nie tylko!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hity PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hity PRL. Pokaż wszystkie posty

Kombi - Inwazja z Plutona / Nie ma jak szpan (singiel)



Patrząc dziś na zawrotną karierę zespołu Kombi, trudno uwierzyć jak krętą drogę musiał przebyć do szczytu swojej synth-popowej kariery. Ich początkowe muzyczne dokonania niezbyt odbiegały od tego, co na co dzień serwowały nam rodzime zespoły pop. I choć ich kariera zaowocowała sukcesami głownie w komunistycznej Polsce, to już same starania grupy o to by być wysłuchanym zagranicą, sprawiły, że otworzyli się na świat i trochę owego świata przywieźli do Polski.

Owo otwarcie na świat pozwalało nie tylko na kontakty muzyczne i biznesowe oraz szansę na posłuchanie najnowszych trendów w branży, ale też na rzeczy bardziej prozaiczne, takie jak zakupy. To dzięki wyjazdom zagranicznym lider grupy Sławomir Łosowski mógł zakupić syntezatory, których próżno szukać było w sklepach chyba całego Bloku Wschodniego.
W 1982 roku zespół postanowił wydać single promujące ich rewolucyjną, jak na polskie warunki, muzykę i przygotować pod nią grunt. Pierwszym z nich był wydany przez Tonpress podwójny singiel z utworem Inwazja z Plutona autorstwa Grzegorza Skawińskiego i Waldemara Tkaczyka oraz Nie ma jak szpan na stronie B napisanym przez Łosowskiego. Piosenki zupełnie odbiegały od tego, co można było usłyszeć na dwóch pierwszych płytach Kombi, gdzie dominował pop z elementami rocka oraz pojawiał się funk i disco, które w owym czasie umierało.


Aranżacja Inwazji to zmyślne połączenie tradycyjnych instrumentów - gitary elektrycznej (solo we wstępie i przerywniku instrumentalnym, 0:14-0:25. 2:09-2:43), rytmicznej (w bridge'u, 0:49-1:05, 1:47-1:57) i basowej (w całej piosence, choć często przykrywa ją bas programowany) oraz perkusji w wykonaniu Jerzego Piotrowskiego. Ale pomimo takiej mnogości elementów typowych dla rocka spod znaku Kombi w tym utworze to właśnie syntezatory stoją na pierwszym miejscu - począwszy od stałych akordów wspartych elektronicznym basem w zwrotkach poprzez odpowiadające wokalowi agresywne uderzenia w refrenie a skończywszy na puentujące każdy refren oraz całą piosenkę efekciarskie dźwięki (1:16-1:17, 2:08-2:09, 3:06-3:09).
Zespół stawiał na futuryzm - tematycznie utwór opowiada o... ataku kosmitów na Ziemię, choć członkowie zespołu wskazują na to, że autor tekstu Marek Dutkiewicz nawiązywał do niedawno wszechobecnych na ulicach polskich miast patroli ZOMO. Pomijając ten może nieco wątpliwy wniosek utwór wydaje się tajemniczy i intrygujący. Całości świetnego rezultatu muzycznego dopełniają indywidualna okładka singla (wtedy, gdy była to rzadkość) oraz świetny, a jak na tamte czasy, rewelacyjny klip wideo wykonany na potrzeby Telewizyjnej Listy Przebojów. Członkowie grupy rozstawieni na podświetlonych platformach i przebrani w kostiumy wykonane z bliżej nieokreślonych materiałów wykonują ekscentryczne ruchy w takt piosenki. Sam obraz poddany jest przetworzeniu kolorów oraz zwielokrotnieniu (np. kadr z gitarą elektryczną). Efekty wizualne idealnie współgrają z kompozycją i rytmiką piosenki.

W porównaniu z utworem na stronie A, nieco mniej radykalny okazuje się Nie ma jak szpan. Utwór znacznie wolniejszy, za to dużo bardziej okraszony technologicznymi nowinkami. Z wyjątkiem wokalu, gitar rytmicznych oraz solowej obecnej w głównym motywie oraz w przerywniku instrumentalnym, wszystko wykonują syntezatory. Utwór autorstwa Łosowskiego to świetne dopełnienie przebojowej pierwszej strony.


Singiel ostatecznie nie zrobił furory, ale dał się zauważyć, na co wskazują nie tylko wykonane dla Telewizyjnej Listy Przebojów klipy do obydwu piosenek, ale też notowania Listy Przebojów Trójki (odpowiednio 20 i 10 miejsce). W notowaniach listy magazynu Non Stop piosenki miały mniej szczęścia i kilkukrotnie pojawiały się w tzw. poczekalni, ale na miejsce na właściwej liście załapał się tylko utwór ze strony B. Zresztą, co widać po wynikach na LP3, utwór Łosowskiego w ogóle zdawał się lepiej przypaść do gustu Polakom niż tajemnicza Inwazja z Plutona.

Pomimo tego zespół nadal czuł wiatr w żaglach i wiedząc, że w Polsce istnieje potrzeba nagrywania muzyki elektronicznej poszedł dalej i nagrał kolejny, tym razem już przebojowy singiel Linia życia. Jako jeden z niewielu zespołów mających własny sprzęt tego typu mogli na swoim kolejnym albumie Nowy Rozdział zaprezentować swoje ówczesne możliwości. Od tego momentu nabrali charakteru, a polska publiczność na zawsze podzieliła się na zwolenników i przeciwników wykonywanej przez Kombi muzyki.

Bajm - Martwa woda

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Bajm to obok Budki Suflera jeden z najdłużej działających w Polsce zespołów. Grupa, której nazwa to inicjały imion jej czterech początkowych członków, tak naprawdę po raz pierwszy zaistniała w 1978 roku, kiedy to zdobyła nagrodę w konkursie Debiuty na festiwalu w Opolu. Podwójny bis piosenki Piechotą do lata był jednak zapowiedzią spektakularnego, ale krótkotrwałego sukcesu - na status jednego z najważniejszych polskich wykonawców przyszło Bajmowi pracować wiele lat.


Wydany w 1983 roku debiutancki LP Bajm względu na dość chaotyczny repertuar przypominał bardziej składankę niż studyjny album zespołu. Wypełniły go nowe przeboje - energiczny Nie ma wody na pustyni i dramatyczny Co mi Panie dasz, ale także szeroki repertuar utworów zakrawających na pastisze gatunkowe, jak katastrofalny Józek, nie daruję ci tej nocy czy osobliwy W drodze do jej serca, których dziś słucha się z półuśmiechem na twarzy. Dziwaczność Bajmu miała jednak swoje intrygujące odsłony, co usłyszeć można było w singlu z debiutanckiego LP pod tytułem Różowa kula, utworze wokalnie drapieżnym (okrzyki Beaty w wysokich rejestrach), tekstowo tajemniczym, a nastrojowo - magicznym. Właśnie tą drogą grupa poszła tworząc swoją drugą w ogóle, ale pierwszą spójną płytę długogrającą w swojej karierze.

Tak jak na Bajm złożyło się doświadczenie szybkich przemian mód i nastrojów w ciągu kilku lat, tak Martwą wodę Kozidrakowie napisali i nagrywali w roku 1984, w nieciekawych dla Polski czasach. Dość powiedzieć, że większość tekstów na płycie wprawia w posępny nastrój, a ich tematyka jest raczej oczywista. Otwierające płytę W klatce lwa zapowiada treść płyty w metaforyczny acz dosadny sposób już w pierwszej zwrotce:
Jesteśmy w klatce lwa
Pijemy gorycz, aż do dna
Co będzie z nami myśleć strach
Setki żelaznych tarcz
Krew w nas gotuje się jak barszcz
I nie pomaga bat tresera

Wrażenie osaczenia i zniechęcenia połączone z paranoją przedstawia Ściany mają uszy, uszy znakomite, który opisuje panujący w totalitarnej codzienności niepokój społeczny:
Nie przeklinaj losu
Świat jest urządzony tak
By obserwować Cię
Z każdej jego strony

Z kolei próby psychologicznego skonfrontowania się z rzeczywistością nakreśla Moja wina, wielka wina. Jednak to utwór tytułowy z płyty w najbardziej jaskrawy sposób oddaje wrażenie beznadziei. Rozmyta gitara symbolizująca "martwą wodę", w jakiej tonęła Polska a podejrzanie spokojny wokal Beaty to tylko wstęp do dramatycznego refrenu, który oddaje całość beznadziei, jaką zespół musiał wtedy odczuwać:
Ratuj mnie
Jestem, jestem, jestem już na dnie
Ratuj mnie
Bo tonę, tonę w martwej wodzie
Codziennych naszych spraw

Najbardziej charakterystycznym utworem z płyty był z pewnością Piramidy na niby, który grupa wykonała zresztą na festiwalu Opole 1984. Piosenka dziwaczna i powtarzalna, ale w swojej osobliwości świetnie obalająca mit komunistycznej walki o dobrobyt, której rezultaty porównali w niej do budowy egipskich piramid, i bezsensie zbudowanych na społeczeństwie niewolniczym starożytnych kultów. Charakterystyczne jest celowe zaburzenie rytmu, co słuchać w nieregularnym, zmieniającym się metrum zwrotki, dające wrażenie muzycznej "diagonalności" budowanych na fałszu piramid.

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Poza wspomnianymi wyżej tekstami, które można równie dobrze interpretować bardziej personalnie, nie brakuje utworów bardzo intymnych. Będąca zdecydowanie najmocniejszą pozycją na krążku Małpa i ja to idealnie odzwierciedlone, muzyczno-tekstowe wyobrażenie tego, co dzieje się w umyśle osowiałym, melancholijnym, będącym w stanie głębokiej depresji a nawet szaleństwa.


Napięcie w piosence zbudowane jest idealnie - początkowo neutralna zwrotka przechodząca w refren to zapowiedź narastającego przejścia gitarowego, przywodzącego skojarzenie z potęgującym się załamaniem nerwowym. Po tym dość długim i dramatycznym bridge'u a także pełnym rozpaczy refrenie, powraca zwrotka. Tym razem jednak śpiewana jest ona przez dwa wokale jednocześnie - pierwszy to ten spokojny, otępiały, który znamy już ze zwrotki pierwszej, a drugi stanowi odzwierciedlenie katastrofalnego stanu psychicznego osoby. Ale piosenka poza głębokim tekstem sprawdza się także jako przemyślany, bezbłędnie zaaranżowany oraz wykonany utwór rockowy, któremu nie można odmówić ani muzycznego "kopa", ani autentyczności.

Bajm - Martwa woda okładka albumu

Płyta pomimo swojego potencjału nie spotkała się z większym zainteresowaniem mediów. W czasach, kiedy sporo utworów opisywało trudy codzienności, album tego typu - wycofany, drapieżny, ale pozbawiony anthemów pokroju Przeżyj to sam Lombardu w zasadzie przeminął bez wieści. Grupa ogrywała płytę (między innymi na tournée po Wietnamie), jednak nie pozwoliło jej to na znalezienie się w prasie muzycznej na przestrzeni całego roku.
Artystycznie Martwa Woda to jednak prawdopodobnie najbardziej interesująca pozycja w dyskografii Bajmu - album stojący pośrodku rockowego tryptyku (który wieńczył LP Chroń Mnie z 1986 roku) jest najbardziej spójnym muzycznym obrazem grupy, którą do tej pory, zresztą tak jak wielu polskich wykonawców, charakteryzował stylistyczny nieład. Kolejne dokonania zespołu zostały znacznie lepiej przyjęte, choć zawdzięczać to może raczej sukcesom pojedynczych, skądinąd udanych piosenek.


Obecnie Bajmowi miejscami daleko do rockowych brzmień sprzed ponad trzydziestu lat. Polakom zdecydowanie częściej kojarzy się on z balladami i ckliwymi przebojami z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to obalenie komunizmu tchnęło w grupę, tak jak i w większość polskich wykonawców, którzy przetrwali transformację, nowe życie. Nic dziwnego, że dziś lepiej pamiętamy niosącą nadzieję Białą armię czy nawet melodramatyczne Dwa serca, dwa smutki, a nie pozostające w jego cieniu rockowo-depresyjne utwory typu Martwa woda albo Małpa i ja. Jednak pomimo upływu czasu i zdecydowanej zmiany stylistycznej, płyta jest nadal żywa i wyrazista a także warta przypomnienia.

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia (LP)

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia okładka albumu

Historia Budki Suflera swoją zawiłością dorównuje klasykom brazylijskiej telenoweli. Ale to właśnie poprzez umiejętne zmiany personalne w sytuacjach tego wymagających, zespół pozostawał na topie tak długo, czy raczej, powracał na niego tak często. Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych, choć nie pozbawiona sukcesów, upłynęła grupie pod znakiem zmian, nie zawsze oczekiwanych. W 1980 roku współpracę z Anną Jantar przerwała jej nagła śmierć, nagrany dla Izabeli Trojanowskiej debiutancki album IZA (1981) okazał się ich pierwszym i ostatnim wspólnym projektem, a w 1982 śpiewający z zespołem zaledwie od 4 lat Romuald Czystaw zmuszony był ustąpić z funkcji wokalisty z powodu problemów z głosem.


Jednocześnie Budka podjęła decyzję o wydaniu albumu kompilacyjnego, który zawierałby ulepszone technicznie wersje znanych przebojów grupy oraz dwa nowe nagrania zrealizowane z Felicjanem Andrzejczakiem, jej nowo wybranym wokalistą. Sięgnięcie do starego repertuaru skłoniło ich, zgodnie z zasadą, której trzymali się do końca kariery, aby do ich odtworzenia zaprosić oryginalnego wokalistę - Krzysztofa Cugowskiego.
Jednocześnie przyjęty na miejsce Czystawa Andrzejczak w swojej roli sprawdzał się tylko częściowo - jego głos w Jolka Jolka, Czas Ołowiu i Noc Komety stanowił ciekawy dodatek do ugruntowanego brzmienia zespołu, ale udział wokalisty okazał się epizodyczny. Dość przypadkowo zaważył o tym właśnie powrót do starych nagrań - obecność Cugowskiego na sesjach do 1974-1984 sprawiła, że zdecydowano się na ponowne podjęcie z nim współpracy. Ostatecznie zapowiadany kolejny, tym razem studyjny album, nagrany najpierw z Andrzejczakiem wylądował na półce, a materiał zaśpiewał Cugowski.


Wydany pod koniec 1984 roku album Czas czekania, czas olśnienia był zwrotem w nowym kierunku muzycznym. Zespół wykonujący dotychczas post-rockandrollowy rock ukuty w kompozycje pachnące Led Zeppelinem i rokujący bardziej jako weteran estrady, porzucił starą modę i zaprezentował się od zupełnie innej strony. Na swoim szóstym albumie studyjnym Budka nie tylko pokusiła się o nowoczesne aranżacje, ale też wykorzystała typowy dla siebie skład instrumentalny do stworzenia nowych brzmień.
Pierwszą stronę płyty rozpoczyna dość konserwatywny instrumentalnie, niemal kameralny, ale za to chwytliwy Cały mój zgiełk, singiel wiodący, który na  Liście Przebojów Trójki dobił do nieprzypadkowego pierwszego miejsca. Piosenka stała się przebojem, co pozwoliło jej znaleźć się w Telewizyjnej Liście Przebojów oraz być zaprezentowaną na festiwalu Opole 1985.


Znaczącą część pierwszej strony albumu zajmuje monumentalny utwór tytułowy, w którym Cugowski zaskakuje ogromem możliwości głosowych, pozwalających na stałe budowanie napięcia przez 10 minut jego trwania. Jednocześnie Tomasz Zeliszewski (perkusja) jak zwykle sprawdza się w roli bezbłędnego tekściarza, a Romuald Lipko - świetnego kompozytora i wszechstronnego aranżera, nie bojącego się postawić wszystkiego na abstrakcyjną elektronikę. Kolejnych mocnych pozycji na płycie nie brakuje - dość wspomnieć reggae'owe Zmiany w organizmie, Wyspy bez nazw czy nawet pseudo-synth-popowy Dobrej zabawy nigdy dość, w którym Lipce zarzucano nawet zabawę w Kombi.


Ale ani Budce Suflera, ani jej głównemu motorowi twórczemu naśladowanie kogokolwiek nie było do niczego potrzebne. Po 10 latach budowania renomy grupa miała na koncie kilka udanych płyt, na których prezentowała różne style, od hard rocka po soul, a także zdołała wypromować dwie wokalistki polskiej sceny - Izabelę Trojanowską i Urszulę przy pomocy bezkonkurencyjnego, świeżego repertuaru. Lipko wielokrotnie wyłaniany był w plebiscytach na najlepszego kompozytora muzyki rozrywkowej w kraju, a Budka - wybierana na najlepszy polski zespół. I choć czasy były dla takich artystów dość łatwe (z powodu niewielkiej konkurencji, którą ograniczała kontrola młodych wykonawców i praktyczne zamknięcie możliwości swobodnego odwiedzania Polski przez artystów zagranicznych), to trzeba przyznać, że nakłady płyt zespołu robiły wrażenie: zarówno pół-kompilacyjny 1974-1984 jak i nowoczesny Czas czekania, czas olśnienia były jednymi z najpopularniejszych płyt roku 1984. Sprzedały się one odpowiednio w 220 i 110 tysiącach egzemplarzy, co umieściło Budkę w ścisłej czołówce.
Czas czekania, czas olśnienia tchnął silny wiatr w skrzydła okrętu Budka Suflera, którym do tej pory powodowały boczne podmuchy w postaci licznych zmian w składzie oraz projekty dodatkowe realizowane niejako bardziej akonto promowanych wokalistek, a mniej służące popularności grupy. Po dekadzie działalności dyskografia zespołu została poszerzona o jedną z ich najlepszych płyt, co pomogło im także zyskać kolejne rzesze nieco młodszych fanów. Jednocześnie Cugowski potwierdził, że z jego charakterystycznym, krzykliwym wokalem Budka Suflera będzie działać jeszcze długie lata.

Budka Suflera - Czas czekania, czas olśnienia okładka albumu

Izabela Trojanowska - IZA (LP)

Izabela Trojanowska budowała swoją karierę długo, a gdy już znalazła się na szczycie, jej sława trwała zaledwie przysłowiowych 5 minut. Po latach powracała kilkukrotnie, ale to właśnie z jej debiutu w roku 1980 wyprodukowanego przez zespół Budka Suflera pamiętana jest dziś najlepiej.

Izabela Trojanowska - IZA okładka albumu

Wbrew pozorom Trojanowska nie zawsze śpiewała charakterystyczną dla siebie mamroczącą barwą głosu - jej występy na festiwalu Sacrosong (1971), Festiwalu Piosenki Radzieckiej (1972) oraz Opolu 1972 przedstawiały ją w dość typowym wtedy dla polskiej piosenki repertuarze, z którym dziś się jej nie kojarzy. Przy okazji zajmujących czas wtedy 16-letniej Izy imprez dyrektor szkoły, do której uczęszczała uznał, że w nagrodę za dokonania artystyczne należy ją stamtąd wyrzucić. W kolejnych latach słuch o niej zaginął ze względu na podjęte studia wokalno-aktorskie. Choć Trojanowska próbowała sił jako aktorka, dopiero jej powrót do śpiewania w 1979 roku okazał się dla niej przełomowy.

Izabela Trojanowska - IZA okładka albumu

Zawrotnej karierze Izy pomógł, jak to często bywa, czysty przypadek. To, że zespół Budka Suflera przystał na współpracę z wokalistką wynikało m.in. z prozaicznego powodu, jakim była nagła śmierć Anny Jantar w marcu 1980.
Już w kwietniu 1980 roku w programie telewizyjnym Fonogama Iza otrzymała nagrodę publiczności za wykonanie piosenki Tyle samo prawd, ile kłamstw, a w Radiowym Studio Gama - zajęła pierwsze miejsce. Rockowy sznyt, jaki nadał utworom Romuald Lipko (lider Budki) oraz drapieżny głos Izy były inspirowane modą Zachodnią (spod szyldu Pat Benatar tudzież Blondie), ale stanowiły na polskim rynku unikat, przynajmniej w wydaniu głównego nurtu. Choć istniały już wtedy zespoły z gatunku Maanamu, ich dokonania zaliczały się do działalność artystów młodzieżowych, na którą nadal patrzono z przymrużeniem oka.

 

Potem wszystko potoczyło się jeszcze szybciej: wokalistka zrobiła furorę na Krajowym Festiwalu Piosenki Opole 1980, gdzie wykonaniem Tyle samo prawd oraz premierą Wszystko czego dziś chcę zdobyła nie tylko tytuł Miss Obiektywu imprezy oraz nagrodę specjalną za interpretację piosenek, ale też  uznanie publiczności, uwadze której nie mogła tak po prostu umknąć ubrana w garnitur i krótko ścięta dziewczyna śpiewająca o chęci wyzwolenia się z męskich objęć. Podobnie przyjęto występ Izy na festiwalu w Sopocie, gdzie w międzynarodowym konkursie wytwórni fonograficznych zajęła II miejsce.


Sukces artystki zaowocował wydaniem przez wytwórnię Tonpress singla Tyle samo prawd/Komu więcej, komu mniej. Piosenki zyskiwały na popularności - na listach TOP10 Magazynu Muzycznego NON STOP Tyle samo prawd dotarł do miejsca drugiego, a Wszystko czego dziś chcę - pierwszego.
Artystka wraz zespołem nie próżnowali i przez resztę roku nagrywali jej debiutancki album a także ruszyli we wspólną trasę. Owocem nagrań stał się najpierw pierwszy w historii polskiej fonografii maxi-singiel Nic za nic/Sobie na złość, a w ostateczności album zatytułowany IZA wydany w lutym 1981. W międzyczasie artystka zdobyła nagrodę za singiel i przebój roku (Wszystko czego dziś chcę) w plebiscycie wspomnianego wyżej miesięcznika, choć krytycy, wyrażali mieszane uczucia wobec jej zdolności interpretacyjnych piosenek. Roman Rogowiecki podsumował Tyle samo prawd, ile kłamstw jako "autentycznie rajcowny numer recytowany żadnym - szalenie ostatnio modnym głosem".

Słychać to na wydanej płycie LP, gdzie oprócz ciekawych kompozycji Lipki, osoba wokalistki raczej nie zachwyca, a wykonywane utwory wydają się bardziej zadeklamowane albo wykrzyczane (Sobie na złość, Nic za nic), niż zaśpiewane. A jeśli już tekst ma tonację, to barwa wokalu tylko czasami wykracza poza średnią krajową, co udowadnia chociażby utwór Jestem twoim grzechem. Z kolei praktycznie ani razu nie zawodzą nas aranżacje autorstwa Lipki (może oprócz pseudoludowego Pytania o siebie) oraz udział instrumentalistów zespołu, w tym będącego jeszcze wtedy jego członkiem Jana Borysewicza.


Oprócz niekwestionowanych dwóch przebojów, o których sporo było wcześniej, na krążku wyróżnia się Tydzień łez (świetna aranżacja ze wstępem gitary basowej i saksofonu połączona z emocjonalną interpretacją tekstu Mogielnickiego), Nic za nic z bardzo chwytliwym riffem gitarowym oraz Sobie na złość - inspirowany Call Me w wykonaniu Blondie autorstwa Giorgio Morodera. Na LP zabrakło Liczy się tylko czas utworu autorstwa Ryszarda Poznakowskiego przearanżowanego przez Lipkę z dość pretensjonalnego disco na wersję wykonywaną w recitalu telewizyjnym wokalistki z listopada 1980 zatytułowanym Lunapark.


Płyta broni się nie tylko ze względu na obecność Budki Suflera, ale też dzięki spójnemu przekazowi i wyraźnej konsekwencji muzycznej i tekstowej, której próżno było szukać na albumach innych polskich artystów w owym czasie. Wielu z nich nadal rozumiało album długogrający jako składankę swoich przebojów wydawanych w ciągu kilku lat bądź znanych z występów festiwalowych albo telewizyjnych. Trojanowska jako jedna z nielicznych polskich wykonawców pop otrzymała szansę na spójny debiut, czego nie można było powiedzieć o wielu, w tym legendarnym Bajmie i jego LP Bajm z 1983 roku czy Bandzie i Wandzie (debiutancka płyta z 1984 roku).


Pomimo wymienionych mankamentów album IZA zasługuje na miano jednej z lepszych polskich płyt roku 1981, mimo, że sam album, ponoć z przyczyn technicznych, został wydany jedynie w ilości 50 tys. egzemplarzy i pomimo ogromnego popytu nie miał szans przebić wyniku promujących go singli. Te z kolei, według stanu na przełom lat 1980/1981, rozeszły się w liczbie, bagatela, ponad 200 tys. egzemplarzy. Dość powiedzieć, że w lutym 1981 roku Izie wręczono Złotą płytę za singiel Tyle samo prawd.../Komu więcej, komu mniej.

Promocja wspólnych dokonań Trojanowskiej i Budki postępowała - jeszcze w grudniu wystąpiła ona w telewizji czeskiej (co było zapewne główną motywacją do nagrania przez Michala Davida czeskiego coveru Wszystko czego dziś chcę o wdzięcznym tytule Dívka na inzerát), TV Rostock (NRD) w styczniu 1981, a także w ramach serii koncertów z zespołem w lutym 1981. Niestety, parafrazując tekst piosenki autorstwa Andrzeja Mogielnickiego, nie nie mogło wiecznie trwać.
Współpraca artystki z zespołem z nie do końca jasnych do dzisiaj przyczyn została przerwana. Choć w wywiadzie udzielonym w lipcu 1981 roku tłumaczyła ona ten swoisty "rozwód" różnicami stylistycznymi, dało się odczuć atmosferę nieporozumienia.

Tak czy siak, w majowym, bardzo słabo ocenianym występie wokalistki na festiwalu Rock Arena w Poznaniu zaśpiewała ona z początkującym wtedy wrocławskim zespołem rockowym Stalowy Bagaż. Jakby tego było mało, Pieśń o cegle, piosenka o dużym potencjale na przebój, którą wspólnie nagrali okazała się klapą, bo występ Trojanowskiej na Opolu 1981 w stroju składającym się m.in. z czerwonego krawatu Związku Młodzieży Polskiej uznano, chyba najbardziej w oczach mediów komunistycznej propagandy, za obrazoburczy i niesmaczny. Po owacjach słyszanych w nagraniu transmisji telewizyjnej widać, że młoda opolska publiczność była z goła innego zdania. Jednak to nie przeszkadzało mediom albo artystkę sponiewierać, albo, co gorsza, cały występ po prostu w relacjach pofestiwalowych pominąć.


Ale na przekór oburzeniu, kontrowersyjny, krytykujący w zawoalowany sposób ustrój komunistyczny tekst autorstwa Mogielnickiego, który w połączeniu z punkową stylistyką utworu wyraźnie nawoływał do buntu zdecydowanie wybił się poza resztę wykonawców słabego muzycznie festiwalu, po raz pierwszy organizowanego bez udziału telewizji. Pieśń o cegle Jest też ostatnim dużym przebojem Trojanowskiej.

Izabela Trojanowska - IZA okładka albumu

Przewidywalny, oceniany często jako "nijaki" charakter interpretacji wokalnej obecnej w kolejnych nagraniach wokalistki, feralny występ na Opolu 1981, jej wyjazd do Stanów Zjednoczonych, ogłoszenie stanu wojennego a w końcu wyprowadzka na Zachód skutecznie odsunęły Trojanowską od kariery muzycznej w Polsce i na lata słuch o niej zaginął. Wróciła dopiero w nowym ustroju, choć jej późniejsza działalność zawsze oparta była na mocnym debiucie, w którym pomogła jej mieszanka profesjonalizmu producentów z Budki Suflera, kontrowersyjny, "bezpłciowy" image oraz... niezaprzeczalny urok osobisty.

Źródła:
Magazyn Muzyczno-Rozrywkowy NON STOP, 1980-1981.

Bajm - Dwa serca, dwa smutki

Zespół Bajm to historia przeobrażeń, zmian koncepcji, składów i stylów. Pomimo wielu zawirowań grupa umiała pozostać zapamiętaną i mimo, że miała swoje gorsze momenty, to jako jeden z nielicznych polskich wykonawców zdołała pozostać na topie, przez niemal 40 lat wydając single, z których co jakiś czas wyłaniał się przebój. Po opolskim sukcesie z Piechotą do lata w roku 1978, kiedy to po raz pierwszy zapisali się w historii polskiej muzyki, przyszedł czas na debiutancki longplay z 1983 roku, który obrodził hitami. Następnym kamieniem milowym karierze Bajmu był dziś nieco zakurzony, ale rozpoznawany i lubiany przez większość Polaków Dwa Serca, Dwa Smutki.


Piosenka, podobnie jak większość kompozycji do tamtego momentu została skomponowana przez rodzeństwo Jarosława i Beatę Kozidraków na trzecią płytę Bajmu zatytułowaną Chroń Mnie. Spośród wszystkich utworów jest w zasadzie jedyną napisaną na surową elektronikę z niewielkim tylko dodatkiem gitary elektronicznej. Jest też jedną z pierwszych spokojnych piosenek zespołu, które zaczęły stopniowo wypełniać coraz większy procent ich repertuaru. To na nich Beata zaczęła zdradzać tendencje do śpiewania lirycznie, niemal ckliwie, w przeciwieństwie do pseudo-rockowego image'u, jaki prezentowała do tej pory w takich hitach jak Nie ma wody na pustyni, Józek, nie daruję ci tej nocy czy Co mi Panie dasz. Dość unikalna jak na Bajm oprawa piosenki - syntezatory wygrywające akordy oraz programowany elektroniczny bas nakreślają bardzo surowy, niemal sterylny krajobraz, do którego dołącza zimny, zaniepokojony głos wokalistki.

Bajm - Dwa serca, dwa smutki okładka singla

Całości klimatu dopełnia nakręcony z kapitalistycznym rozmachem klip do piosenki. Teledysk kręcono między innymi w Hotelu Victoria, miejscu często goszczącym ekipy filmowe i telewizyjno, bo jako jeden z niewielu budynków w Polsce przypominał Zachodnie. Unikalne były też stroje noszone przez wokalistkę, która w udawanych spazmach rozpaczy ucieka przed dawnym kochankiem.


Dwa Serca, Dwa Smutki okazał się sporym hitem - promujący LP Chroń mnie utwór doczekał się zasłużonego 1-ego miejsca na Liście Przebojów Programu Trzeciego. Do dziś pozostaje też jednym z chętniej wykonywanych utworów Bajmu. Zarówno styl śpiewania obecny w piosence jak i image wokalistki przedstawiony w teledysku do niej zrealizowanym w dużej mierze złożył się na kierunek, jaki później miał obrać zespół.

2 plus 1 - Iść w stronę słońca

Zespół 2 plus 1 to gwiazda PRL, która rozjaśniała jego scenę muzyczną przez wiele lat różnymi kolorami. Choć utarło się określać go mianem zespołu pop-folkowego, faktycznie był wszechstronny i zwykle grał to, co aktualnie było w modzie. Nie dziwiło więc, że pod koniec lat siedemdziesiątych grupa próbowała podbić zagraniczne rynki anglojęzycznymi płytami w stylu disco. Po krótkiej i, jak na ówczesną Polskę, zawrotnej karierze w RFN, postanowiła jednak skupić się na rynku rodzimym. Zanim nastąpił zwrot stylistyczny w kierunku synth-popu i elektroniki, nagrali oni jeden utwór, który jeszcze raz potwierdził ich status jednego z najważniejszych polskich artystów - Iść w stronę słońca.

2 plus 1 - Iść w stronę słońca

Utwór był jednorazową przygodą, sentymentalnym ukłonem w stronę dawnej folk-popowej kariery, jaką zespół zrobił niemal dekadę wcześniej. Zapewne dlatego mało kto pamięta, iż Iść w stronę słońca powstał dopiero w 1981 roku, dawno po klasykach pokroju Chodź, pomaluj mój świat, Windą do nieba oraz Wstawaj, szkoda dnia, między wydaniami dość tandetnych disco-dzieł autorstwa niemieckich producentów, które zespół pokornie nagrywał w nadziei na wybicie się poza Polską.


Tekst piosenki stworzył czołowy polski autor Andrzej Mogielnicki, któremu grupa zawdzięcza gros swoich hitów. Choć w czasach komunistycznych popularna była interpretacja utworu jako wzorowej piosenki dla młodzieży (wygrał nawet nagrodę w konkursie radiowym na taką właśnie kompozycję), był to uniwersalny, beztroski utwór o pięknie życia, których sporo było we względnie kolorowych dla Polski czasach Gierka.

2 plus 1 - Iść w stronę słońca

Jednocześnie był to tak naprawdę ostatni optymistyczny tekst 2 plus 1 - niespełna kilka miesięcy po jego wydaniu, ogłoszono stan wojenny. Nastroje zespołu, podobnie jak większości polskich artystów, gwałtownie spadły, co znalazło odzwierciedlenie w ich twórczości. I tak jak nieźle prosperująca Polska lat siedemdziesiątych odeszła w niepamięć, tak evergreeny w stylu Iść w stronę słońca zastąpiły ciężkie, przygnębiające Wielki mały człowiek (Ojciec kraju), XXI wiek (Dla wszystkich z nas) oraz Superszczur.

Prawa autorskie

Tekst: Wojciech Szczerek

Licencja Creative Commons

BornInThe80s
by Wojciech Szczerek is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe License.

Licencja obejmuje wszystkie artykuły oraz tłumaczenia tekstów piosenek z wyjątkiem oryginalnych tekstów piosenek.

Wszystkie zdjęcia okładek oraz teksty piosenek są dziełem oryginalnych twórców i podlegają prawu autorskiemu.